piątek, 10 sierpnia 2018

Rozdział XII: Towarzysze

W każdej minucie spędzonej z Iambe, Kora zastanawiała się, jak długo wytrzyma towarzystwo nimfy. Nie chodziło o to, że jest irytująca w swoim zamiłowaniu do błyskotek, czy naiwnym postrzeganiu świata, nie, gdyby spotkały się w innych okolicznościach, kto wie, może nawet by się polubiły. Ale, w myśl wszystkich zasad, którymi od dzieciństwa karmiła ją Kiane, a nawet ze zwykłej przyzwoitości, córka Demeter nie traktowała jej obecności poważnie.
Zresztą samo zachowanie Hermesa było bezczelne i co najmniej żałosne. Za każdym razem, gdy przypominała sobie jego minę, podczas obwieszczania jej, że od teraz będzie musiała spędzać czas z jego nową wybranką, prychała na głos. Roześmiane oblicze i dziecinność wypisane na twarzy, wzburzały ją za każdym razem, gdy odtwarzała całą sytuację w głowie.
- Nie musisz mnie stale obserwować - powiedziała, nie przestając śledzić słów w zakurzonym pergaminie, który przytaszczyła z biblioteki.
Iambe siedziała cały czas wyprostowana, łatwo było wywnioskować, że jest spięta. Uchyliła wąskie, lecz wystarczająco pełne, by nazwać je pięknymi usta, ale nic nie powiedziała. Lekkie, poranne światło padało na wyraźnie zarysowane kości policzkowe, ukazując w pełni urodę dziewczyny. Była znacznie ładniejsza od Kory. Zaraz pod proporcjonalnie niskim czołem na świat spoglądały ciemne oczy, lekko osadzone na twarzy, a od nich ciągnął się smukły nos, delikatny, choć wcale nie zadarty. Całość była stosunkowo mała, ułożona na nie za długiej, nie za krótkiej szyi, bo Iambe była drobną istotką, ale to tylko dodawało jej uroku. Kosmyki włosów po obu stronach twarzy, spięte w połowie długości włosów, rozdzielone równym przedziałkiem wplątywały się w wianek upleciony z małych, białych kwiatków, których nazwą się nie interesowała. Cała jej sylwetka wręcz zapadała się w zwiewnej, lecz zbyt dużej, kremowej szacie, niezwiązanej niczym w pasie, co utrudniało rozeznanie w sprawie jej kształtów, ale i tak łatwo było się domyślić, że są równie idealne, co twarz.
- Masz zamiar siedzieć tutaj do wieczora? - zapytała Kora, patrząc na nią z niezadowoleniem. Na dźwięk jej głosu Iambe uśmiechnęła się sztucznie i kiwnęła głową.
- Taka jest wola Zeusa - odparła zgodnie z prawdą. Jej głos wydawał się miły, ale zdecydowanie bardziej silny, lekko kontrastujący z wyglądem.
- Nie dbam o to, czego on chce. Nudzi mnie twoja obecność, wolałabym, żebyś wyszła - odparła, prostując się w fotelu.
- Nie mogę, mam być twoją towarzyszką.
- Moja towarzyszka uciekła stąd, by nie dosięgnął jej gniew wspaniałego Zeusa - zironizowała gniewnie. Upuściła pergamin, ale najwyraźniej nie zwróciła na to uwagi, bo pozostawiła go pomiętego na ziemi.
- Jesteś tylko kolejną ozdobą, która upiększa Olimp, sprawia, że cały ten bałagan, w którym się znalazłam wydaje się niedostrzegalny. Nie mam zamiaru się z tobą bratać - wstała wzburzona i zaczęła kierować się do drzwi. - Jeśli ty nie chcesz wyjść, ja to zrobię - rzuciła, nawet nie oglądając się za siebie i, nim Iambe zdążyła się poderwać, trzasnęła drzwiami.

Wybiegła na korytarz i bez namysłu skierowała się w stronę biblioteki. Słyszała, że Iambe wyszła z komnaty i zaczyna ją nawoływać. Zbiegła po schodach i jak zwykle skręciła w lewo. Wysiliła się, by uchylić mosiężne, wysokie drzwi i wślizgnęła się do środka, nawet ich nie zamykając, co było oczywistym błędem, bo nimfa chwilę późnej już się przy nich czaiła. Tym razem Kora nie wyszła na antresolę, znów wybrała lewy łuk i uciekła w gąszcz regałów. Przykucnęła, sapiąc, zmęczona biegiem próbowała odzyskać równy oddech.
Biblioteka okazała się dobra alternatywą kryjówki po raz kolejny, jej wielkość przeraziła Iambe, która na myśl o spędzeniu całego dnia na szukaniu w labiryncie zakurzonych, opasłych tomów córki Demeter, wolała spotkać się z gniewem Zeusa.
Myśląc, że za chwile może zostać złapana, Kora wstała i zaczęła iść w nieznanym samej sobie kierunku. Im głębiej szła, tym ciemniej zaczynało się robić, aż w końcu musiała opierać się rękoma o regały, ale w końcu mrok zaczął ustępować światłu. Zdziwiła się, ale zaciekawiło ją to na tyle, by nie zawracała. Regały ciągnęły się wzdłuż ścian, aż nagle dziewczyna natrafiła na ułożony na wprost jej. Gdyby było ciemno, pomyślałaby, że to koniec drogi, ale widziała słupy światła przelewające się przez szczelinę między regałem wzdłuż i w poprzek ściany. Wślizgnęła się w nią i wypadła na pustą przestrzeń. Wstała, ale promienie słońca oślepiły ją tak bardzo, że musiała zamknąć oczy. Walczyła z lekkim bólem, aż w końcu uchyliła powieki i ujrzała ogromne okno, winowajcę chwilowej ślepoty.
W tym dziwnym miejscu biblioteka musiała się kończyć, z tyłu przestrzeń okrążały regały, a z przodu okno i ściana nie pozostawiały drogi do dalszego zwiedzania.
Kora ze zdziwieniem przyglądała się przyrządom rozstawionym po sali. Między papirusami porozrzucanymi po podłodze znajdowały się dziwne konstrukcje i przyrządy, których nigdy wcześniej nie widziała. Podeszła bliżej jednej z nich i dotknęła palcami jednej z kul ustawionych wokół jednej, największej. Były wykonane jakby z gałązek jakiegoś krzewu, ale gałęzie posklejane razem w kuliste obręcze z pewnością by się połamały. Wszystkie kule były przymocowane patykami do drewnianej podstawki, również w kształcie okręgu, a ta stała na czterech, cienkich nogach. Kora poszła dalej i zauważyła niedokończony papirus, rozwinięty do połowy, a na nim pozostawioną kredkę do pisania. Wzięła go i rozwinęła na długość własnych ramion, ale choć doskonale znała liczby, nie potrafiła stwierdzić co oznaczają, zapisane w tajemniczych wzorach i układach. Spojrzała na ustawiony pod ścianą stół, pozostawiony na nim kielich z winem i niedokończony chleb oraz kolejne, jedne drewniane, inne miedziane urządzenia, kształtowane na kule w okręgach i jeszcze więcej papirusów, zapisanych w całości.
Nagle Kora usłyszała huk upadającego metalu zaraz za swoimi plecami. Dokładnie taki sam, jak wcześniej, gdy przechadzała się po bibliotece. Spłoszyła się i również upuściła trzymane zapiski, powodując ten sam hałas. Patrzyła na kobietę, której twarz zasłaniały trzymane pergaminy. Czarnowłosa bogini odłożyła zwoje i z gniewem spojrzała na dziewczynę.
Kora od razu rozpoznała w niej Hestię, boginię ogniska rodzinnego, patronkę tych, którzy postanawiają żyć razem z najbliższymi.
- Co ty tu robisz?! - syknęła złośliwie. - Na pewno już coś popsułaś! - rzuciła się do oglądania swych konstrukcji.
- Weszłam tu przypadkiem... - chciała załagodzić sytuację, ale kobieta nie słuchała.
- Czy ty masz pojęcie, jaką to ma wartość?! - krzyczała.
Kora stała zmieszana, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Hestia ciągle oskarżała ją o dewastację swojej kolekcji, choć przecież nic nie zostało zniszczone.
- Wynoś się! - wskazała na odwrócone tyłem regały.
- Nie - odpowiedziała nad wyraz spokojnie. Stały naprzeciwko siebie i spoglądały wrogo, żadna niegotowa ustąpić. - Nie zamierzam nigdzie iść - Kora skrzyżowała ręce na piersi.
Hestia, lekko zdumiona, nie wiedziała co jej odpowiedzieć, ale nie miała zamiaru tego okazać.
- To moja pracownia - nie ustępowała.
- Doprawdy? A jest gdzieś podpisana?
Tym razem bogini głośno się zaśmiała.
- Kłócisz się jak dziecko - zauważyła z ironicznym uśmiechem - Ale przynajmniej skutecznie. Możesz tu zostać, tylko nie licz na to, że będę się tobą zajmować. A spróbuj mi tylko przeszkodzić... - zagroziła.
Kora odetchnęła głęboko w duchu. Teraz przynajmniej wiedziała z kim dzieli bibliotekę i nie musiała się już obawiać tajemniczych hałasów. Przynajmniej taką miała nadzieję.
***
Syriusz nudził się na Olimpie. Spał, kiedy słońce górowało, a wstawał, gdy powoli chyliło się ku zachodowi. Nie spędzał z Adonisem tyle czasu, ile przyjaciel obiecywał, widywał go tylko czasami, gdy ten wyjątkowo nie miał nic do roboty.
Próbował odnaleźć jakoś Herę, ale gdy tylko wałęsał się po Olimpie, napotykał gniewne spojrzenia bogów. Czasem zastanawiał się, co właściwie tutaj robi. Któregoś wieczora, gdy próbował zająć miejsce podczas uroczystej kolacji w sali tronowej, został wyproszony przez służących, zanim zdołał wybrać krzesło. Dlatego całymi dniami spał, w przerwach jadł i upijał się winem. Nie mógł wrócić do domu, to byłaby zbyt duża zniewaga względem Adonisa i samych bogów.
Myślami chyba przywołał samego zainteresowanego, bo już po chwili w drzwiach stał syn Afrodyty. Syriusz wstał z łózka i przywitał się z przyjacielem.
- Dobrze cię wreszcie widzieć - zaśmiał się, obejmując brązowowłosego.
- Wybacz Syriuszu, nie sądziłem, że sprawy z Aresem będą mnie tak zajmować.
Mężczyźni usiedli na drewnianych stołkach przy niewielkim stole.
- Co ciekawego porabiacie?
- Cóż, czeka mnie teraz wiele zmian. Za dwa miesiące będę już żonaty, a za cztery, kto wie, może wpadnie mi w ręce kawałek ziemi, którą będę mógł rządzić? - wyszczerzył zęby.
- Winszuję - Syriusz wzniósł kieliszek z winem i wypił napełniony do połowy jednym chlustem. - Choć nadal nie rozumiem, po co ci żona - oznajmił, wycierając wilgotną plamę czerwieni nad górną wargą przedramieniem. Adonis zaśmiał się.
- Mówiłem ci już, ona jest wyjątkowa. Poza tym Ares mówi, że to świetna partia, przepo...
- Hej, mam gdzieś Aresa. To ty będziesz z nią związany do końca życia. No więc, co w niej widzisz?
-Nie mów tak. Jest dla mnie jak ojciec - wyminął pytanie przyjaciela. - Wszystko co robi, robi w interesie moim i mojej matki.
- Jak uważasz. Ja w każdym razie nie mogę się doczekać, by poznać tą twoją małżonkę - zaśmiał się po raz kolejny. Stuknęli swoimi kieliszkami i upili bordowy płyn.
- Dobrze ci tu? - Adonis zapytał.
- Jest świetnie, choć brakuje mi polowań i kobiet. No i oczywiście kompana do zabaw - zauważył z zawadiackim uśmiechem.
- Wiesz, że jesteś najlepszym towarzyszem, jakiego miałem.Wytrzymaj jeszcze chwilę. Przed zaślubinami jeszcze się zabawimy - syn Afrodyty posłał mu porozumiewawcze spojrzenie. Syriusz zaśmiał się, ale po chwili uśmiech zszedł z jego twarzy.
- Życie małżeńskie pewnie będzie cię bardzo zajmować - zauważył. Adonis nie odezwał się, choć doskonale wiedział, o co chodzi przyjacielowi. Choć żaden z nich się nie odezwał, oboje bardzo chcieli zakończyć tą grę. Nie pozwalały im jedynie konwenanse.
Kolejna dusza została schwytana w niewidzialną klatkę, która, mimo, że ze złota, cuchnęła od zepsucia. Kraty zamknęły się ciasno, pozostawiając Syriusza i Korę skazanych na powolne duszenie się każdego dnia. A to był zaledwie początek ich długowiecznych żyć.
***
Kora siedziała skulona pod ścianą, gdy Hestia zapisywała pergaminy. Ponieważ bogini nie odzywała się do niej ani słowem, miała wiele czasu, by napatrzeć się na jej niezwykłe przyrządy. Przyglądała się też kobiecie, która w skupieniu zapisywała pergaminy. Hestia nie była ani piękna, ani brzydka. Kiedy skupiała się nad zapiskami, wokół jej ciemnych oczu tworzyły się głębokie zmarszczki, a blade, wąskie usta się zwężały. Nie mogła być starsza od swojego rodzeństwa, ale w jakiś dziwny sposób Korze wydawało się, że musi mieć za sobą jeszcze więcej lat od Zeusa. Być może to obcowanie z czystą nauką wpływało tak na boginię? Ubrana też nie była zbyt szykownie, choć szata była schludna, widać było, że zniosła już wiele, tym bardziej, że na kremowym kolorze szybko pozostawał każdy ślad brudu.
Przez długi czas Kora zastanawiała się, czy coś powiedzieć, ale jeśli się już zdecydowała, nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. W końcu Hestia okazała się dość waleczną osobowością.
- Co robisz? - wiedziała, że nie powinna przeszkadzać i, że za chwilę usłyszy coś podobnego do "Przecież ci mówiłam..."
- ... Że masz mi nie przeszkadzać - dziewczyna zaśmiała się w duchu. - Obserwuję i notuję - Hestia odpowiedziała po chwili ciszy. - Nie pytaj co, i tak nie pojmiesz - dodała z politowaniem.
Kora poczuła się nieswojo, ale nie miała w zwyczaju się poddawać.
- Z czym związane są te wszystkie wynalazki?
- Z niebem, nie widać?
Dziewczyna rozejrzała się po pomieszczeniu, jakby to wszystko, co wcześniej widziała, było zupełnie czymś innym, niż w rzeczywistości.
- Badam świat. A właściwie wszechświat - wytłumaczyła Hestia, już bez złośliwości. Być może skłonił ją do tego lekki żal, gdy zauważyła zagubione spojrzenie córki Demeter. Wszak każdy kiedyś zaczynał.
- Nikt nigdy nie powiedział ci, że oprócz gwiazd istnieją planety? - zapytała, choć bardziej zabrzmiało to jak stwierdzenie.
- Matka uczyła mnie języków, poezji, literatury, a nawet liczb. Ale nigdy nie mówiła o niebie.
- A interesuje cię to? - zapytała w obawie, że zdradzi swoje sekrety niepożądanej osobie.
- Nie wiem - odparła z rozbrajającą szczerością. - Może dowiem się, jeśli coś mi o tym opowiesz - zaproponowała z uśmiechem. Hestia poderwała się i podbiegła do konstrukcji z kulami. Ponagliła Korę gestem dłoni.
- To Ziemia. A to Słońce - zaczęła wskazywać na poszczególne kulki. A Kora z autentyczną ciekawością słuchała.
***
Kiedy Prometeusz przyszedł na umówione spotkanie, Atena czekała już w ogrodach Hery. Jak zwykle miała przy sobie ulubiony zwój i coś do notowania. Przywitała go promiennym uśmiechem i znów zaczęli rozprawiać o ludzkości.
- Zazdroszczę ci - powiedział, wpatrując się w czyste, wolne od chmur niebo.
- Mi? - zdziwiła się.
- Tak. Mogłaś obserwować, jak ludzie radzą sobie, po poznaniu ognia. Kiedy zostałem uwięziony, dosłownie czułem się jak ojciec, któremu matka odebrała dziecko.
- Zeus to matka? - zapytała, choć było to oczywiste.
- Bardzo surowa i nieobiektywna matka. On naprawdę nie radzi sobie z rządzeniem.
- To się zmieni - zauważyła. Prometeusz spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Co masz na myśli? - gdy zapytał, Atena wiedziała, że nie ucieknie przed powiedzeniem mu o przepowiedni. Wprawdzie nie powinna się bać, wiedziała; była pewna, że jest dobrym i wykształconym człowiekiem, który nie wykorzysta źle wiedzy, ale podskórnie czuła, że nie może mu powiedzieć.
- On... Twierdzi, że jest jakaś przepowiednia. Córka Demeter i Adonis, którzy niedługo mają się pobrać... Podobno mają mieć potomka, który nie dość, że zastąpi Zeusa na tronie, to jeszcze sprowadzi pokój między bogów, zakończy nienawiść... Sama nie wiem. To brzmi nierealnie. Chyba za bardzo przyzwyczailiśmy się do myśli, że Zeus będzie rządził wiecznie - zakończyła.
Prometeusz zamyślił się. To niesamowite. W jednej chwili odnalazł dla siebie nowy cel. Wiedział już, że jego misja się nie skończyła.
- Opowiedz mi więcej o tym dziecku - poprosił.
- Nie znam szczegółów - skłamała. - Zaślubiny odbędą się za dwie pełnie księżyca, więc zapewne dziecko przyjdzie na świat za jedenaście miesięcy. Ponoć ma to być mężny chłopiec.
- Ateno, to niezwykłe! Czy wiesz, co to oznacza? Nareszcie będziemy mogli pomóc ludziom! - nie mógł dłużej kryć swej euforii. Bogini chciała powiedzieć, że to tylko zwykła, nic nie warta przepowiednia, że tylko głupcy by się nią kierowali, ale widząc radosny, szczery uśmiech mężczyzny nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Patrzyła jak w jego oczach pojawia się tajemniczy błysk i miała już pewność, że trafiła na mężczyznę o niezwykłej pasji.
***
Córka Demeter dyskretnie przemknęła po schodach, mijając co drugi i delikatnie przeszła korytarzem. Uchyliła drzwi i, jakby unosząc się na samym wietrze, wpłynęła do komnaty. Od razu zauważyła oświetlaną cienkim słupem świtała bijącego od stopionej do połowy świecy twarz Iambe. Nimfa spała w fotelu, a jej mała głowa opadała na zagłówku, przechylając się lekko do tyłu. Choć bardzo zdziwił ją ten widok, wszak nie spodziewała się, że nimfa będzie na nią czekać, Kora bezceremonialnie zbudziła ją głośnym chrząknięciem, powtórzonym kilkakrotnie.
- Bałam się, że nie wrócisz - powiedziała, szczerze zmartwiona.
- Dokąd miałabym pójść? - Kora zakpiła. Iambe wstała i bez wyrazu wpatrywała się w córkę Demeter.
- Myślałam, że spędzimy ze sobą cały dzień - z jej głosu wylewał się smutek, ale uśmiechnęła się słodko.
- To źle myślałaś - dziewczyna pozbawiła ją złudzeń. - Posłuchaj mnie teraz uważnie. Możesz czarować tym swoim pięknym uśmiechem Hermesa, moją matkę i kogo jeszcze chcesz, ale ja nie dam się nabrać. Kiane odeszła przez ciebie - oskarżycielsko wymierzyła w jej stronę palec wskazujący, choć wiedziała, że to nie prawda. - Nigdy nie będziemy przyjaciółkami, nigdy nie będziesz moją towarzyszką. Przychodź tu co dzień, jeśli chcesz, ale ja nie odezwę się do ciebie ani słowem - z triumfem patrzyła, jak uśmiech na twarzy nimfy bladł, aż przeobraził się w pomieszane ze zdziwieniem przerażenie. - Możesz już wyjść - dokończyła, gdy cisza w pomieszczeniu zaczęła się przedłużać. Iambe zastanawiała się, czy coś odpowiedzieć, ale ostatecznie opuściła pomieszczenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Nomida zaczarowane-szablony