niedziela, 22 lipca 2018

Rozdział XI: Szczerość niczego nie zmienia

Kiedy zaszywała się w bibliotece, Kora prawie zapominała, że jest więźniem tego pięknego miejsca. Książki teraz służyły jej za najlepszych towarzyszy rozmów; choć małomówne, świetnie słuchały. Dziewczyna miała jednak nadzieję, że wskażą jej, jak powinna postępować, co zrobić, by wyrwać się z Olimpu i odszukać Hadesa. Jak na razie znajdowała jedynie filozoficzne poglądy jakiś uczonych albo zbiory opisujące zwierzęta i rośliny. Te pierwsze czytała chętniej, w końcu mogło być w nich ukryte coś sensownego, te drugie odrzucała od razu, wszak wychowała się na łonie natury i sądziła, że żadne z tych stworzeń nie jest jej obce. Nie pomyślała, że może w którejś z tych książek znajdzie informacje o swoich zdolnościach, których w żaden sposób nie potrafiła rozwinąć.
Za każdym razem, gdy wchodziła do środka, słyszała, że ktoś jest na dole. Hałas spadających papierów, skrzypienie metalowych urządzeń - ktoś musiał się tam kryć. Ale Kora bała się sprawdzić, mimo rosnącej ciekawości. Zresztą, musiała skupić się na książkach, w których pokładała nadzieję.
Odkąd trafiła na Olimp, jej oblicze uległo znacznej zmianie. Niegdyś lekko zaokrąglone policzki i niezmiennie żywe oczy ustąpiły miejsca smukłej, wychudzonej twarzy, często czerwonej od płaczu. W ogóle cała jej postać nieco zmalała, nie dbała już o ułożenie włosów, o biżuterię i pompatyczne kreacje. Oczy też były inne. Choć przejawiał się w nich bunt, był chwilowy; częściej zajmował je smutek z tęsknotą.
Adonisa nie widziała od kilku dni, oczywiście ku swej ogromnej radości. Zapewne obraził się, że nie może dłużej więzić jej w jednym pomieszczeniu. Powinien cieszyć się, że jeszcze stąd nie uciekła. Czekała na Hadesa. Mimo obawy, wierzyła, że ją uratuje, że wróci.
Upłynął już prawie miesiąc, odkąd ostatni raz się z nim widziała. Pozostały tylko dwa do rzekomych zaślubin. Kora właściwie nic nie robiła sobie z gróźb i przepowiedni Adonisa, że zostaną małżonkami. Wolałaby zginąć, niż pozwolić mu się tknąć, w każdym znaczeniu tego słowa.
Z biblioteki zazwyczaj wychodziła wieczorami, kiedy po kolacji wszyscy bogowie byli już w swoich komnatach. Niespecjalnie zależało jej na integracji. Tego wieczora jak zwykle przechodziła koło wielkiej, otwartej sali tronowej, by dostać się do swojej komnaty musiała wyjść po schodach prowadzących na górę. Była już na piętrze, z którego mogła podziwiać okazałość całego pomieszczenia i jak zwykle zatrzymała wzrok na majestatycznym tronie, teraz stojącym pustym. Przypomniała sobie sen, który kiedyś zdawał się jej niemal realnym wydarzeniem. Dziecięcy śmiech, niewinny i szczery, rozpraszający zeusowe pioruny. To pomieszczenie przywodziło na myśl same złe wspomnienia, chwile jej największych porażek i smutków, momenty upokorzeń i bezsilności.
Było już za późno na ucieczkę, kiedy Posejdon i Ares weszli do sali.
Ten pierwszy zostawiał za sobą mokre ślady, choć nogi jak i całe ciało miał zupełnie suche. Matowy kolor brody rozciągał się aż do piersi i był niemal tak samo szary jak odcień starczych włosów, które rozmierzwione, układały się w zupełnie inne strony. Ciemne wory pod oczami kontrastowały z ich żywym odcieniem, który nadawał spojrzeniu boga mórz jakiejś magicznej poświaty, jakby jarzyły się w nich iskierki ognia. Jego spojrzenie wydawało się zamglone, a białko wokół źrenic zszarzałe, ale winę za to mogła ponosić woda, w której Posejdon spędzał całe dnie i noce. Ogółem wyglądał jak nieporadny słoń w składzie porcelany. Niby na ramionach rysowały się mięśnie, a i odsłonięty brzuch odkrywał jakieś ślady codziennych treningów, ale majestat jego osoby niweczyła postawa, na którą składało się ciągłe garbienie, jakby stale pochylał się by nie uderzyć w sufit (chociaż w sali tronowej był on umiejscowiony tak wysoko, że nawet Posejdon musiał zadrzeć głowę wysoko do góry, by dostrzec same okiennice). Ostatecznie nawet gruby, groźny głos nie był w stanie sprawić, by ktokolwiek mógł czuć do niego respekt.
Drugi z mężczyzn był zupełnym przeciwieństwem. To nie był pierwszy raz, gdy Kora drżała na sam widok Aresa. Zawsze odziany w zbroję, zawsze wyprostowany, jakby za plecami miał przyczepiony kij wyznaczający kąt stania i siedzenia, w jednych wzbudzał strach, w innych respekt, choć mogło to wypływać z legend krążących na temat jego czynów. Choć zapewne znalazłaby się taka grupa, która stwierdziłaby, że jak na boga, który odebrał życia milionom, a może nawet miliardom dusz, wygląda dość niepozornie. Blond włosy, ścięte dopiero przy ramionach okalały owalną twarz z cienkimi ustami i zadartym nosem. Nie było na tej twarzy żadnych wad, no może oprócz oczu. W tych oczach, czaiła się bowiem żądza mordu, za każdym razem kiedy się w nie patrzyło, widać było, że Ares jest spragniony krwi lub bólu i tylko szuka, choćby najmniejszego pretekstu, by je zdobyć.
Oboje zatrzymali się pod tronem. Ich zdłamszony szept niósł się echem, więc Kora wszystko doskonale słyszała.
- Nie mogę się już doczekać - marzył bóg oceanów, pożądliwie spoglądając na tron.
- Zamknij się - Ares momentalnie go uciszył. - Zeus zaraz tu będzie.
Nim to jeszcze powiedział, władca wpłynął do sali i rozsadził się w należnym sobie miejscu. Spojrzał spod krzaczastych, poprzecinanych siwizną brwi na obojga i dłonią zachęcił do mówienia.
I gdyby nic nie przeszkodziło Korze, na pewno usłyszałaby o czym dyskutują, lecz nagle poczuła na karku czyjś ciepły oddech.
- To niegrzeczne podsłuchiwać - wyszeptał Adonis, uśmiechając się za jej plecami. Nie krzyknęła, ale ze strachu zimny dreszcz przejechał jej po karku. Odwróciła się twarzą do niego i posłała zawiedzione spojrzenie zmieszane z grymasem niezadowolenia. Zauważyła lekki zarost na tej twarzy bez wyrazu, z sztucznie przylepionym uśmiechem triumfu, jakby nakrycie jej było dla mężczyzny wygraniem jakiś ważnych zawodów. Jeśli cokolwiek przerażało ją w Adonisie, to właśnie bierność w oczach. Mógł wyrażać emocje mimiką, ale nigdy nie posyłał jej żadnych spojrzeń, które świadczyć by mogły o uczuciach. Bez słowa odmaszerowała do swojej komnaty, tracąc z oczu trzech mężczyzn rozmawiających na dole. Ale Adonis podążył za nią. Szli przez chwilę w ciszy korytarzem, aż weszli do pokoju.
- Po co tu przyszedłeś? - nie wytrzymała, z ciekawości lub złości.
- Jesteśmy zaręczeni, myśl, że nie będziemy się widywać do zaślubin jest odrobinę naiwna, nie sądzisz? - zakpił delikatnie i założył ręce za plecy. Wpatrywał się w nią dość uporczywie, co postanowiła wykorzystać jako sposób odegrania się za wcześniejsze ironizacje.
- Gapienie się nie należy do dobrych manier, jak sądzę - zauważyła, bez krzty zawahania.
Adonis zaśmiał się lekko i wyciągnął jedną dłoń, machając w powietrzu palcem wskazującym, jakby chciał komuś zwrócić uwagę.
- No tak, po zaślubinach będę miał jeszcze czas się na ciebie napatrzeć - powiedział jakby sam do siebie.
- Przestań. Oboje wiemy, że to małżeństwo nie dojdzie do skutku - uprzytomniła mu.
- Czyżby? - zapytał niezbyt zdziwiony jej słowami i gestem zachęcił do zajęcia dwóch pojedynczych foteli przy pustym, drewnianym stoliku. Nagle miała wrażenie, że nareszcie chce ją wysłuchać, że ma szansę przekonać go, jak niedorzeczne są wszystkie jego słowa.
- Nie wyjdę za ciebie. Kocham Hadesa i nie ma żadnych powodów...
- Hades! Nie żyje... - po nagłym krzyku mężczyzna szybko stonował brzmienie głosu. Musiał wyzbyć się nagłych wybuchów, Ares w końcu zawsze kontrolował emocje, nawet tak przyjemne jak gniew.
- Nie zmusisz mnie do niczego. Nie ma żadnych powodów, żebym zgodziła się na to małżeństwo - odparła spokojnie, zauważając, że opanowanie mogło być jakimś sposobem na przemówienie Adonisowi do rozumu.
- Wątpię, żeby Zeus i twoja matka zmienili swoje plany - zauważył. - Oni bardzo wierzą w te wszystkie delficikie fanaberie.
Kora zmieszała się, widząc, że Adonis po raz pierwszy rozmawia z nią normalnie, nie jak kot ze schwytanym w pułapkę ptaszkiem, ale jak człowiek z człowiekiem.
- To fakt. Posłuchaj, Adonisie, ja nie chcę cię zranić. Właściwie, po co ci to małżeństwo? Przecież ty nic do mnie nie czujesz, nawet mnie nie znasz - zdobyła się na szczerość, na którą wcześniej nie było ją stać, bez krzyków i oskarżeń. - Możemy jeszcze to wszystko zmienić, jakoś odwołać...
Ale Adonis nigdy nie traktował Kory jak równego sobie. Nie, to on był panem, a ona co najwyżej uniżonym sługą.
- Nie będziemy nic odwoływać, ukochana. Za dwa miesiące się pobierzemy, ja zostanę królem i wszyscy będą zadowoleni - oznajmił, patrząc jej z uśmiechem w oczy. Wtedy przemknęło jej przez myśl, że jest szalony, ale nie odważyła się wypowiedzieć tego na głos.
- Jak to będziesz królem? - wobec całego szaleństwa, potrafiła zachować trzeźwość umysłu. - Przecież Zeus jest królem. Kto ci tak powiedział?! - krzyknęła. Dzieliło ich niewiele więcej, niż dziesięć stóp, nawet nie zauważyła, kiedy wstała.
Ale Adonis już nie odpowiedział, tylko wyszedł bez słowa, nawet na nią nie patrząc.
Kora znów opadła na fotel i ukryła twarz w dłoniach. Każde spotkanie z tym szaleńcem kosztowało ją tak wiele emocji, a każda próba jakiegokolwiek porozumienia nigdy nie kończyła się sukcesem. Ale on... Królem? Jeśli to była prawda, a nie jego opętańcze wymysły... Niech bogowie mają lepiej ten świat w opiece.
***
Kiedy Hermes głaskał nagie ramiona młodej nimfy, zdał sobie sprawę, że jego ostatnie romanse wskazują na to, iż zdecydowanie woli brunetki. Kiane miała jedynie o jeden odcień ciemniejsze włosy od Iambe, ale na tym podobieństwa się kończyły. Podczas gdy u opiekunki Kory irytowała go nadmierna chęć troszczenia się o wszystkich i o wszystko (nie raz bał się, że zostanie zagłaskany na śmierć), tak u nowej kochanki zauważył niechlubne zamiłowanie do błyskotek oraz skłonności do szantaży emocjonalnych, gdy akurat Hermes nie miał czasu się spotkać. A jak na złość, tym razem brak czasu nie był jedynie wymówką do odwiedzenia kilku miłych mieszkanek małej wioski na Ziemi. Odkąd Hades zmarł i władze w Podziemiach przejął Ares, całą papierkową robotą musiał zająć się nie kto inny jak Hermes. Oprócz dostarczania wiadomości i należącego do każdego boga, obowiązku odbierania hołdów od wyznawców ze świątyń oraz zsyłania im za to mniej, lub bardziej obfitych łask, mężczyzna musiał także prowadzić kroniki dziejów Olimpu. Właściwie nie wiedział na co to komu potrzebne, ale ledwo co zapisane księgi były już na Olimpie, kiedy tu przybył, a Zeus od razu wspaniałomyślnie wybrał do kontynuowania dzieła nikogo innego jak właśnie jego, boskiego posłańca.
Iambe leżąca na brzuchu skierowała głowę w jego stronę i z uśmiechem zmierzwiła zakrywające uszy, fale złotych włosów mężczyzny.
- O czym myślisz? - zapytała słodkim głosem.
Hermes nie wiedział co jej odpowiedzieć.
- O niczym - również się uśmiechnął.
- Wiesz, nie mogę się doczekać naszych zaślubin - oznajmiła, splatając ich dłonie w uścisku.
Hermes zamyślił się jeszcze bardziej. Momentalnie poczuł na palcu żar obrączki, jakby już się tam znajdowała.
- Racja - odparł cicho, ale Iambe nie zauważyła jego niepewnej miny, zajęta przyglądaniem się złotemu pierścionkowi, który dostała od mężczyzny kilka dni temu. W końcu ich zaręczyny były czystą formalnością. Oczekiwał tego Zeus, więc nie było mowy o innym biegu wydarzeń. Pragnął ich zaślubin prawie tak samo, jak Kory i Adonisa, choć Hermesa i Iambe nie łączyła żadna przepowiednia. Być może bóg wszystkich bogów lubił w ten sposób okazywać swoją wielkość. Każąc się żenić bogom między sobą, bez możliwości wyboru. Albo po prost lubił bawić się w swatkę.
Hermes nagle zerwał się i pocałował nimfę zachłannie. Ta spojrzała na niego z wyrzutem.
- No co, zamierzasz siedzieć w tej pościeli bezczynnie? - uśmiechnął się figlarnie i po chwili znikł pod atłasowym przykryciem.
***

- Rozumiesz, to nie jest tak, że sprzeciwiam się jego zasadom. Jesteś jego córką, nie chciałbym, żebyś źle to odebrała. To znaczy, nie chodzi mi o to, że jesteś tak samo porywcza jak on... Yyyy, nie, żebym uważał, że on jest porywczy. Ostatnio i tak, mam wrażenie, odrobinę spokorniał. Wiesz, nie mam zamiaru podważać jego słów, ale gdyby nie ogień, ludzie by wyginęli i kim by teraz rządził? - Prometeusz gestykulował żywo, jak nie on. Atena siedziała na murowanej ławce w ogrodach Hery, obecnie zupełnie pustych, między kwitnącymi jabłoniami i wpatrywała się w niego, bez mrugania. Czasem zdarzyło się jej zaśmiać i wtedy on też, ośmielony reakcją słuchaczki, zaczynał się śmiać.
- I dlatego nie rozumiem panujących tu zasad. W końcu, czasem trzeba zejść na Ziemię, nieprawdaż? - zakończył wywód. Aten znów się roześmiała.
- To wcale nie jest tak, że ze wszystkim się zgadzam - pokręciła głową, przymykając powieki przed wścibskim słońcem. - Ale to on tu rządzi. Mogę czasem popchnąć sprawę w dobrym kierunku, choć zwykle nie mam śmiałości - przyznała, zgodnie z prawdą.
Zaraz potem poprawiła szatę, gładząc zmarszczki i fałdy, pojawiające się z każdym ruchem. Dziś poprosiła służące, by wybrały coś żywego, w czym będzie jej do twarzy i dlatego zamiast zwyczajowego różu, pławiła się teraz w żółci. Włosy też upięły jej inaczej, i gdyby przeszkody w postaci jej twarzy mogły również się dziś zmienić, mogłaby wreszcie nazwać się piękną. Ale nawet w najpiękniejszej fryzurze i najkosztowniejszych szatach nie mogła konkurować z Hestią lub Afrodytą. Takie były fakty, a ponieważ zdawała sobie z nich sprawę, miała zamiar cieszyć się piękną pogodą, zapachami natury i towarzystwem kogoś, z kim rozmowa nabierała niespotykanego wcześniej sensu.
- Martwi mnie to, co się tu dzieje - przyznał Prometeusz, siadając obok niej. Nie sądziła, że w tydzień tak go rozrusza. Na początku zdawał się być niezdobytą twierdzą, pełną tajemnic mądrości, ale szybko odkrył, że Atena jest tak samo godna zaufania, jak on sam.
- To nie jest dobre miejsce dla intelektualistów - zauważyła. - Czasem mam wrażenie, że żyjemy w jakimś osobnym świecie. Oni mają swój, pełen konwenansów, zdrad i czułości. Czasem nie zachowują się jak bogowie, tylko jak zwykli ludzie, pozwalają targać się najniższym emocjom, pradawnym instynktom, jakby byli zwierzętami. I jest jeszcze nasz świat, cenimy naukę, szanujemy prawdziwą mądrość. Chcemy zmienić życie na... znośniejsze.
- Nie zapominaj, że mimo tego, w ich, zwyczajnym świecie uczuć i emocji są ludzie, którymi rządzą. I nie ważne, jak bardzo Zeus będzie zniewolony przez swoje instynkty, to od jego humoru zależy nie raz życie niewinnego człowieka.
Atena zasmuciła się na te słowa. Prometeusz miał rację, to nie podlegało żadnej dyskusji.
- Chyba powinnam już wracać. Spotkamy się jutro, jak zwykle - powiedziała, zbierając rozłożone obok pergaminy, na których skrupulatnie notowała niektóre słowa Prometeusza, ale znacznie częściej własne myśli, które przychodziły jej do głowy pod wpływem natchnienia.
- Tylko pamiętaj, wróć co najmniej po zachodzie słońca, lepiej, żeby nikt nie widział nas razem - mówiąc to starała się ukryć, lekko zabarwione czerwienią policzki.
- Nie martw się, mam tu jeszcze kilka spraw do załatwienia - powiedział i żegnając się, wyszedł w przeciwnym kierunku.
***
Kora zaczytana po uszy w papirusach nie usłyszała pukania do drzwi. Dopiero kiedy przerodziło się w agresywne łomotanie, ruszyła się z miejsca, choć przez chwilę zdawało się jej to snem, tak rzadko ją odwiedzano. Kiedy w progu ujrzała Hermesa, a za nim jakąś małą, smukłą postać bardzo się zdziwiła. Oczywiście od razu rozpoznała w uroczej istotce nową ukochaną Hermesa, choć nie mogła przypomnieć sobie jej imienia.
Hermes powitał ją ukłonem, ten sam zaraz potem ruch spapugowała jego towarzyszka. Kora nie odrywała od niej złowrogiego spojrzenia, ale odwzajemniła gest.
- Była dziś u mnie twoja matka - już na te słowa, dziewczyna się skrzywiła. - A ponieważ obie z Iambe jesteście tu od niedawna, prawie całkiem samotne, uznała, że przydzieli ci moją narzeczoną jako towarzystwo - Kora nadal nie odrywała od nich zdziwionego spojrzenia. - Och, no wiesz, wspólne komnaty, pogaduchy i te wasze kobiece sprawy - nieporadnie zaczął tłumaczyć.
Kora miała niesłychaną ochotę zbesztać ich oboje za marnowanie jej czasu i wyprosić za drzwi, ale nie zapomniała o resztkach kultury, które w tej sytuacji należało zachować.
- No cóż... Niech tak będzie - odparła zmieszana. Iambe nie podnosiła na nią wzroku.
- Zostawiam was same - Hermes wyszczerzył zęby w uśmiechu i zaraz zniknął za drzwiami, pozostawiając kobiety same sobie. Czarnowłosa wreszcie odważyła się spojrzeć na córkę Demeter i choć ta spodziewała się ujrzeć w jej oczach strach, zauważyła raczej ciekawość.
- Mam na imię Iambe i mam nadzieję, że miło razem spędzimy czas - ukłoniła się zgrabnie. "To jakiś żart" - pomyślała Kora. Nie dość, że będzie musiała spędzać czas z kobietą, która odebrała Kiane ukochanego, to jeszcze będzie stale obserwowana i poddawana wielu próbom, na które nie miała ochoty.
- Ja też mam taką nadzieję - odparła, wbrew swym uczuciom. Jeśli czegoś mogła być pewna, to tylko tego, że na Olimpie szczerość nie była zbyt ceniona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Nomida zaczarowane-szablony