niedziela, 27 maja 2018

Rozdzaił VIII: Konfrontacje

Kora zapomniała już, jak to jest odczuwać tak wielką radość. Mały, szary klucz, który wręczył jej Adonis był wzbudzał w niej tak wiele pozytywnych emocji, że nie potrafiła ukryć uśmiechu, który pojawiał się na jej twarzy za każdym razem, gdy wychodziła z komnaty. W duchu dziękowała niebiosom za ten drobny przedmiot zwracający jej namiastkę wolności.
Kiedy pierwszy raz opuściła swój pokój czuła lęk. Nie wiedziała, co czai się w korytarzach Olimpu, czy bezpiecznie będzie skręcić w lewo, czy jednak w prawo. Mimo tego udała się w nieznane.
Nie zdziwiła się, kiedy jej oczom ukazała się ogromna sala, wypełniona po brzegi pergaminami. Rozejrzała się dookoła, zataczając w powietrzu kręgi. Co chwilę wstrzymywała oddech w obawie, że najcichszy dźwięk zdradzi jej obecność. Nigdy specjalnie nie interesowała się czytaniem, ale w obecnej sytuacji jedynie w słowach pisanych mogła odnaleźć rozwiązanie.

Czuła się wręcz podekscytowana, gdy nie musiała stale oglądać się za siebie, napotykając wzrok strażników. Zanim Adonis oddał jej klucz, a przed tym jak uwięził ją w komnacie, wychodziła zawsze w ich obecności. Zawsze prosiła w duchu, by zniknęli, ale nigdy nikt nie wysłuchał jej próśb, aż do teraz. Zastanawiała się, jakim cudem komukolwiek udało się nakłonić Zeusa do wypuszczenia jej z komnaty, a fakt, że Adonisa jeszcze przy niej nie ma zdumiewał ją z każdą chwilą coraz bardziej.
Między wysokimi jak drzewa regałami zauważyła schody wiodące na antresolę. W górze mieściło się jeszcze więcej ksiąg. Pomieszczenie wieńczyło okrągłe okno na suficie, z którego stróżki światła wpadały do środka, co czyniło je odrobinę jaśniejszym. Zachęcona widokiem, udała się wzwyż. Przeczesywała literacką dżunglę, dotykając każdą książkę z osobna, do póki na palcach nie zebrała się spora warstwa kurzu. Kiedy z widoku zniknęły schody, odnalazła małą wnękę, wyżłobioną w drewnie. Ktoś kiedyś musiał dbać o to miejsce. Przysiadła na skraju. Było tak cicho i spokojnie, jakby znów była w lesie między nimfami. I choć w bibliotece nie mogła uświadczyć pnących się ku niebu krzewów i drzew, ani miłego świergotania skowronka o poranku, już czuła, że jako jedyne na Olimpie to miejsce jej nie przerażało. Nie mogła się nadziwić, kiedy mijała minuta za minutą, a ona wciąż tkwiła w tym samym miejscu. Nikt jej nie przeszkadzał, nikt jej nawet nie szukał. Nie była w stanie rozpocząć lektury, do głębi poruszona zaistniałą sytuacją. Bogowie tak łatwo pletli nici życia, utraconą na wieczność wolność potrafili zwrócić w ułamku sekundy, a katusze zamienić na przyjemności, o którym nie śniło się największym marzycielom.
Dopiero odgłos upadających pergaminów zdołał wyrwać ją z przemyśleń. Usłyszany dźwięk spłoszył ją natychmiast, była pewna, że oto upragnione chwile spokoju zaraz zostaną jej na powrót brutalnie odebrane. Podniosła się i na palcach zaczęła sunąć między regałami do wyjścia. Oparła się o balkonik przy schodach i niepewnie zaczęła wychylać się przez barierkę, by ogarnąć wzrokiem całe pomieszczenie. Na dole jednak nikogo nie było, a odgłos już się nie powtórzył. Czyżby szaleństwo objęło ją ramionami silniej, niż zazwyczaj? No cóż, nie powinna zakładać, że jest tu sama - to, że książki porastał kurz nie oznaczało, że nikt tak jak ona nie pragnął zaszyć się na chwilę w samotności i spokoju.  Nie chciała węszyć, być może wywołałaby tym wilka z lasu, dlatego zmieniła kierunek. W miejscu gdzie zawędrowała było ciemno i ponuro. Tylko książki z jaśniejszymi okładkami odznaczały się na szarawym tle, te z granatowymi brzegami chowały się w cieniu. Kora czuła się, jakby wkroczyła w zakazane miejsce, do którego zaglądali tylko nieustraszeni śmiałkowie, nie obawiający się utraty życia. Ona jednak wolała swoje zachować, więc powoli wycofała się z przerażających ją regałów. Miała wrażenie, że to miejsce zaczyna ją odrobinę przytłaczać, jakby zapadała się w nie coraz bardziej, mimo iż właściwie znajdowała się niedaleko wyjścia. Wybiegła z biblioteki i zdyszana wybiegła na korytarz. Cisza nadal zalewała Olimp, dlatego dziewczyna wybiegła przed wyjście. Jak to możliwe, że nikogo tu nie było? Żadnej straży, żadnych bogów, bożków i służących? Ale dlaczego właściwie się tym przejmowała? Powinna korzystać z sytuacji, nawet jeśli ta wydawała się jej lekko niepokojąca.
Wybiegła przez kolumny na otwartą przestrzeń, do olimpijskich ogrodów, które do niedawna mogła podziwiać jedynie zza grubych, szklanych szyb okien. Jakie to było dla niej przeżycie? Takie samo, jak dla ptaka, który został uwięziony w złotej klatce. Nareszcie mogła rozwinąć swoje skrzydła i cieszyć się trawą między palcami stóp, wiatrem we włosach i zapachem tysiąca kwiatów. Łapczywie wdychała zimne powietrze i płakała, a łzy ciekły jej po policzkach i spływały na ziemię, która je zrodziła. Dziewczyna nigdy wcześniej nie czuła się tak świadoma swych korzeni. To ziemia ją wychowała. Nie Kiane, nie matka, tylko ona. Natura, drzemiąca w niej od zawsze.
Opadła na podłoże i wtuliła się w poranną rosę. No tak, rosa. Słońce przed chwilą wstało, dlatego zapewne nie mogła nikogo znaleźć. Wszyscy musieli jeszcze spać. A ona chodziła boso po skroplonej rosą trawie i podziwiała uroki życia.
***
- Posłuchaj, wszystko musi być wyważone. Nie możemy tak po prostu zrzucić go z tronu i ogłosić nowe rządy. Wyobrażasz sobie, co uczyniliby wtedy inni? Zamęt byłby zbyt duży, każdy chciałby zgarnąć dla siebie jak najwięcej. A my przecież nie chcemy się z nikim dzielić. Zrobimy to pomału i na spokojnie. Adonis to tylko pionek, zrobi wszystko co tylko mu każę. Więc bądź spokojny, nie mąć i czekaj. A ja wkrótce uczynię cię królem - zakończył pouczający monolog. Ares wściekał się, że po raz kolejny musi tłumaczyć Posejdonowi zalety swego planu bez wad. Nie wymyślił jeszcze co zrobić z głupcem, którym niezaprzeczalnie był Pan Mórz i Oceanów, dlatego na razie zmuszony był uspokajać go co jakiś czas. Wiedział, że musi jakoś zgrabnie oznajmić mu, iż wcale nie będzie królem, którym tak bardzo pragnął być. Jednak nie tylko to zaprzątało mu myśli. Adonis również niecierpliwił się ciągłym oczekiwaniem na oficjalne uznanie córki Demeter za małżonkę. Na szczęście do zaślubin nie brakowało już wielu dni. Połowa miesiąca, który dzielił ich od ceremonii już minęła. Wystarczyło tylko przeczekać kilkanaście dni. Poza tym widział, jak młody wychowanek Afrodyty z uwielbieniem podziwia jego osobę, dlatego nie powinien się w ogóle przejmować jego chwilowymi fochami.
Odszedł od Posejdona i powrócił do swojej komnaty, w której czekała już na niego kochanka. Afrodyta siedziała na sofie, a opływające jej zgrabne ciało szaty wyraźnie ukazywały zaokrąglający się brzuch. Jeszcze to dziecko.
- Długo na ciebie czekałam, ukochany - wyszeptała mu wprost do ucha, gdy zasiadł obok niej. - Nawet nie wiesz, jakie tortury musiałam znosić, codziennie zasiadając do wspólnych kolacji z Hefajstosem - oznajmiła oburzona.
- Wiem - przeciągnął dłonią po jej smukłych plecach. - Ale nie martw się, to wszystko się już niedługo skończy. Nie będzie cię obowiązywała żadna przysięga złożona Zeusowi - obiecał, patrząc gdzieś w dal, nieobecnie.
- Co masz na myśli? - zadrżała, po raz kolejny podziwiając Adonisa układającego w myślach okrutne plany pozbycia się przeciwników.
- Już niedługo wszystko się zmieni - powtórzył tylko i pozwolił ulecieć kolejnej, pełnej krwi wizji przyszłości.
***
Gdy Kora wracała do komnaty z przemoczoną u dołu szatą i brudnymi stopami, miała nadzieję, że nadal nikt nie zakłóci szczęścia, którego od dawna nie czuła, a które teraz wydawało się być w zasięgu dłoni. Widocznie kontakt z naturą, a przede wszystkim świeżym powietrzem, znacznie poprawił jej stan psychiczny. Wstąpiła w nią nowa nadzieja i nie chciała dopuścić do tego, by ktokolwiek znów jej ją odebrał. Dlatego słysząc odgłos stukania butów o posadzkę tak bardzo się przeraziła.
Wśród igrających na ścianie promieni słońca, które wpadały przez okno wyłoniła się postać o ostrych rysach, wystarczająco wyraźnych, by Kora instynktownie zrobiła kilka kroków w tył. Kobieta o barwie włosów przypominających żywy płomień, odziana w purpurę i czerń nie spuszczała z niej wzroku. Obie wiedziały, że do tego spotkania musi dość, obie również wiedziały, że żadna z nich nie wyjdzie z niego zwycięsko.
To, co działo się w głowie Kory można opisać jedynie jako jeden, ogromny huragan.
- Witaj matko - odezwała się pierwsza.
Demeter odpowiedziała jej skinieniem głowy.
- Choć nie wiem, czy powinnam cię jeszcze tak nazywać - dodała po chwili.
- Koro, nie dramatyzuj - kobieta wywróciła oczami i zbliżyła się do córki. - Powinnaś mi dziękować. Masz wreszcie to, czego zawsze tak bardzo pragnęłaś. Wkraczasz w dorosłe życie na Olimpie, czy może być coś lepszego?
- Lepszego? Zapewne umknęło ci, że w ostatnim czasie moje priorytety uległy drastycznej zmianie. Żyłam w Podziemiach i to tam było mi najlepiej. A ty wydarłaś mnie stamtąd siłą, brutalnie i bez litości - wyliczyła bez tchu. Demeter nie umknęło, że zaciskała dłonie w pięści tak mocno, iż pobielały jej knykcie.
- Uspokój się. Każda matka robi to, co najlepsze dla jej dziecka, nawet jeśli je krzywdzi. I ty to kiedyś zrozumiesz, kiedy będziesz mieć własne.
- Ty mnie nie skrzywdziłaś, ty mnie zabiłaś! - oskarżycielsko wymierzyła w jej stronę palec. - Jak śmiesz mówić cokolwiek o miłości? Ile razy odwiedziłaś mnie w komnacie, w której pozwoliłaś mnie uwięzić?! Obchodzi cię tylko Zeus i czubek własnego nosa.
- Zamilcz - odpowiedziała ze spokojem, w którym kryło się tak wiele złości, z którym zwracała się do niej w dzieciństwie. Nagle przypomniała sobie, dlaczego kiedyś tak bardzo bała się matki. - Zobaczymy co uczynisz, gdy kiedyś przyjdzie ci wybierać między mężczyzną, dla którego żyjesz i dzieckiem, które wydasz na świat - wyszeptała jej do ucha tonem nie znającym sprzeciwu. - Jesteśmy takie same, krew z krwi, kość z kości i podzielimy ten sam los. Teraz jesteś jeszcze młoda i pełna wiary w świat i życie, ale ono prędzej czy później cię złamie, Koro. Dlatego wstrzymaj się z wygłaszaniem osądów - powiedziawszy to, zamilkła na moment. - Niedługo twe zaślubiny z przystojnym Adonisem. Oczekuj mnie, przybędę, by dopilnować służące odpowiedzialne za twój strój - dodała i odeszła, nie pozwalając Korze zaoponować. Dziewczyna czuła, że zbierają się w niej emocje, nad którymi nie potrafi zapanować. Wróciła do pokoju. Wstrzymała pierwszy odruch wymiotny, który wywołał niekontrolowane dreszcze, a później kolejne, które targały nią resztę dnia i nocy.
***
- Przepraszam, że przeszkadzam - Atena powiedziała nieśmiało, wchodząc do pracowni Prometeusza.
- Co robisz? - przyglądała się, jak mężczyzna struga sztyletem w drewnie, pozwalając, by odpadały z niego kolejne płaty. Powoli w jego dłoniach mały kawałek drzewa stawał się ożywioną figurką.
- Tworzę - odparł lakonicznie, nie podnosząc na nią nawet wzroku.
- Po co?
Zaśmiał się ironicznie.
- Jesteś córką Zeusa, czyż nie? To oczywiste, że nie rozumiesz potrzeby budowania. Wy umiecie tylko zarządzać tym, co ktoś wam zostawi - odpowiedział. I choć Atena powinna była obrazić się na te słowa, nie słyszała w nich ani krzty złośliwości, może jedynie smutek i przygnębienie. W okazującym szacunek milczeniu przyglądała się drewnianym skrzydłom dużego ptaka.
- Mogę?
Wzięła do ręki figurkę i przejechała opuszkami palców po grzbiecie zwierzęcia, jego ostrym dziobie i majestatycznym upierzeniu.
- Być może masz rację - poczuła, jak ręce zaczynają się jej trząść. - Być może nie znam jeszcze życia na tyle dobrze, by móc godnie przyjąć dziedzictwo mego ojca. Ale ty znasz. Dlatego chcę się zapytać... Czy nauczysz mnie tworzyć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Nomida zaczarowane-szablony