niedziela, 18 marca 2018

Rozdział VI: Sny na jawie

W Podziemiach wszystko się zmieniło. Gdyby Kora mogła tu być nie uświadczyłaby już pięknych odcieni bieli i czerni, które stwarzały romantyczny nastrój. Ziemia kompletnie wypłowiała, a między plątającymi się bez celu duszami leżały obdarte ze skóry szkielety poległych w bitwie, która rozegrała się zaledwie kilkanaście dni temu. Choć zieleń nigdy nie zalegała na wielkich obszarach, należących do Hadesa, nawet te drzewa, które zdołały się uchronić przed śmiercią z pragnienia, stały teraz całkowicie nagie, powoli próchniejące w środku. Zawodzenie wiatru mieszało się z jękami zagubionych dusz, których nie miał kto osądzić.

Dla Kiane taki widok był najstraszniejszym, co widziała w całym swoim życiu. Siedziała skulona w jaskini, nie odróżniając dnia od nocy, czasem jedynie wychylając się po wodę ze źródła. Była leśną nimfą, od urodzenia żyjącą wśród cienia drzew i wiedziała, że bez nich wcześniej czy później umrze.
Po raz pierwszy w życiu się bała. Słodki niepokój, który odczuwała podczas spotkań z Hermesem nie mógł się równać z uczuciem, które teraz zatruwało jej spokój ducha. Musiała znaleźć coś do jedzenia.
Długo czekała, aż złe byty przestaną zawodzić i kiedy miała pewność, że nic jej nie grozi, opuściła jaskinię. Było tak cicho, zupełnie cicho, kiedy stawiała pierwsze, niepewne kroki. Szła przed siebie, co chwilę spoglądając na chaotyczną pustkę. Być może udałoby się jej znaleźć jakieś rodzące owoce drzewo lub krzak obrośnięty borówkami. 
Nie chciała być matką. Nie powinna nią być. Stale wściekała się na siebie za ten jeden, niewybaczalny błąd. Powinna była iść do akuszerki, kiedy jeszcze była taka możliwość. Teraz w Podziemiach nie było żywej duszy, która mogłaby jej pomóc. 
Zorientowała się, że musi być już południe kiedy błękitna kula na niebie zaczęła świecić tak mocno, iż nie można było na nią patrzeć. Ten alabastrowy odcień mógł konkurować jedynie z bielą kolumn w wielkiej sali na Olimpie. Dziewczyna szła wciąż przed siebie, ani na chwilę się nie zatrzymując, ale wokół niej stale widniała pustka. Czuła się źle i wiedziała, że jej stan pogarsza zdrowie dziecka, ale nie miała na to wpływu. Z bezradności kopnęła nogą jeden z większych kamyków, a ten potoczył się tak daleko, że zlał się z linią horyzontu w jedność. 
Zdawało jej się, że widzi grajków, którzy brzmieniem swych instrumentów doprowadziliby do błogości nawet nieczułą Demeter. Stali jak gdyby nigdy nic i wesoło nucili do wydobywanych przez siebie dźwięków. Zaczęła biec w ich stronę. Mimo zdumienia ani przez chwilę nie wahała się co do autentyczności ich istnienia. Być może jej pomogą, dadzą jeść, zabiorą do ciepłego miejsca, pomogą odpocząć zmęczonym wędrówką nogą... Biegła coraz szybciej i szybciej, ignorując ból kostki, pojawiający się za każdym razem gdy krzywo stawała na nierównej ziemi. Brudne włosy lepiły się do mokrej od potu twarzy, przyśpieszony oddech utrudniał skupienie, a serce biło tak szybko, jakby zaraz miała wystartować w tych ludzkich igrzyskach, organizowanych ku czci bogom. Wreszcie dobiegła. Ale grajków już nie było. Zniknęli. Wpatrywała się w miejsce, z którego przed chwilą dochodziła muzyka i machała dłonią w powietrzu, jakby chciała się upewnić, że mężczyźni nie są niewidzialni. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiała, że oszukały ją własne zmysły. Grajków nie było, a ona, skrajnie wyczerpana, zaczynała tracić nadzieję na znalezienie czegokolwiek. 

Poczuła, że zbliża się noc. Wiatr zaczynał znów hulać i robiło się coraz zimniej. Boleśnie przekonała się, że odejście od jaskini na tak dużą odległość było czystym głupstwem, kiedy ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Nie miała na sobie nic, oprócz długiej, teraz już poszarpanej i brudnej sukienki w kolorze kwiatu mlecza, którą tak bardzo lubiła. Nie sądziła, że kiedyś będzie ją przeklinać, ją i własną głupotę. Sama uważała się za osobę twardo stąpającą po ziemi, ale te wszystkie zmiany, zachodzące zdecydowanie zbyt szybko były niezaprzeczalną przyczyną braku zdrowego rozsądku, który ostatnio tak dobitnie odczuwała. 
Teraz oddałaby wszystko za choćby połówkę poobijanego jabłka, które zbyt długo wisiało na gałęzi starego drzewa lub obeschnięty chleb, który Demeter zostawiała im w lesie na kilka dni. Dosłownie czuła w ustach smak jedzenia z zapasów, które zebrała dla niej Kora, gdy uciekała z Olimpu. Wprawdzie wystarczyły tylko na pięć dni, ale była wdzięczna choćby za to. Być może gdyby nie one, już dawno umierałaby w ciszy pośród zagubionych dusz w Podziemiach. A może już byłaby jednym z nich?
Była tak zmęczona, że nie myślała o niczym innym jak sen. Bez zastanowienia położyła się na suchej ziemi i zwinięta w ciasny kłębek. Kiedy owinęła się ramionami, zdawało się, że jest cieplej. Oblizała suche wargi i zatęskniła za tym małym strumykiem, spokojnie sunącym zaraz koło jaskini. Naprawdę lepiej byłoby, gdyby się stamtąd nie ruszała. Przymknęła powieki i wyobraziła sobie jedyną rzecz, która teraz dodawał jej otuchy. Dom. Las malujący się w odcieniach zieleni, pełen dzikich towarzyszy zabawy. Mały staw, gdzie dorastała, zanim Demeter wybrała ją na towarzyszkę dla Kory. Tam zawsze było tak spokojnie i cicho, ale nie tak potwornie, przejmująco cicho jak w Podziemiach, tylko tak, że słychać było trzepot kolorowych skrzydeł motyli i dźwięk spadających na ziemię kropel deszczu, gdy chmury porastały zszarzałe niebo. Ciągle nosiła w sercu pierwszy, dziecięcy zachwyt widokiem biedronki wypoczywającej na maleńkich płatkach polnych kwiatów lub młodego królika, spieszącego się do skrytej pod grubymi krzakami nory. Pamiętała słońce, które paliło w nagą skórę i rosę, oziębiającą stopy. Nie pamiętała już, gdzie znajduje się miejsce, w którym nauczyła się chodzić i mówić. Ale ciągle czuła przejmującą nostalgię, gdy o nim myślała. Czuła się bezpiecznie w tej krainie pozbawionej wad. I mimo, że wspomnienia o niej nieco zmąciły zmartwienia, czuła smutek, wiedząc, że nigdzie nie znajdzie podobnego raju. Na szczęście nie miała zbyt dużo czasu, by roztrząsać tak ponure myśli, ponieważ już po chwili pochłonął ją sen.

Kiedy obudziła się następnego dnia, nie czuła żadnej z czterech kończyn. Przez chwilę myślała, że może ktoś oderwał jej ręce i nogi i pozostawił konającą na środku pustkowia, ale ta myśl była tak niedorzeczna, że szybko ją odrzuciła. Podniosła się i z ulgą stwierdziła, że są na swoim miejscu. Było przeraźliwie zimno, mimo nieobecności wiatru, który z ciekawości postanowił udać się w inne strony, sprawdzić co dzieje się w Tartarze lub na Polach Elizejskich. 
Kiane niepewnie poruszyła zdrętwiałymi z zimna palcami rąk. Bała się, że przez swoją lekkomyślność zostanie kaleką, ale była znacznie twardsza, niż sądziła. Kiedy odzyskała czucie nadszedł ostry i niespodziewany ból, lecz mimo tego zaczęła rozmasowywać poszarzałe stopy. Człowiek nigdy nie przeżyłby w takich warunkach, a ona żyła, mimo, że w ustach nie miała niczego od trzech dni, jeśli dobrze liczyła. I jeszcze to dziecko. Oby urodziło się zdrowe, mimo tych wszystkich zawirowań, które na pewno w przyszłości się na nim odbiją. 
Podniosła się i od razu upadła. Najpierw uderzyła w pośladki, później poraniła kolana. Dopiero za trzecim razem ustała na nogach. 
- Kiane! - usłyszała gdzieś niedaleko. Szybko odwróciła się w prawo, ale nim to uczyniła, znów usłyszała swoje imię, tym razem wypowiedziane za nią. Zdawało się jej. To iluzja, taka sama jak poprzedniego dnia. Tym razem nie da się oszukać. 
- Kiane! - tym razem głos zdawał się mocniejszy. Spojrzała za siebie i go zobaczyła. Stał w odległości kilku metrów. Zaczęła biec, mimo, że jeszcze chwilę temu ledwo stała i on też zaczął biec, choć przeczyło to wszystkiemu, co mówił. Przybył po nią, po nich. Nie mogła powstrzymać łez, które zgromadziły się w kącikach oczu.
- Nie płacz, Kiane, już nie płacz - padła mu w ramiona i pozwoliła, by delikatnie gładził ją po głowie, jak małą dziewczynkę. 
- Hermesie, wiedziałam, że mnie uratujesz - wyznała po chwili - Nigdy w ciebie nie zwątpiłam.
Tak bardzo pragnęła znów go pocałować, usłyszeć, że ją kocha, że nigdy nie chciał jej odrzucić, a to wszystko było tylko pomyłką, która już nigdy więcej się nie powtórzy. I choć zawsze wyśmiewała tak patetyczne wyznania, teraz nie pragnęła niczego bardziej.
- Kiane - wyszeptał, gładząc ją po policzku. Pozwalał sobie na więcej swobody, niż zazwyczaj. 
- Kocham cię - nie chciała dłużej czekać, musiała go pocałować. Ujęła dłońmi jego rozgrzane policzki. Były gorące. Marzyła choćby o takim skrawku ciepła, gdy wczorajszej nocy trzęsła się z zimna pod gołym niebem. Przybliżyła usta i kiedy zwieńczyła ich relację w tym subtelnym geście, Hermes znikł.
Trwała w tej pozie z wystawionymi do pocałunku ustami przez długą chwilę, czekając, aż ukochany wreszcie się poruszy. Otworzyła zmrużone oczy. Najpierw nie czuła nic, ale po chwili w jej piersi rozległ się przeszywający ból, który oddała niepohamowanym krzykiem. Zamarła, by zaraz znów krzyknąć. A później zalała się łzami. Spazmy histerii przerywane tylko na chwilę, by zaczerpnąć oddech zajmowały ją długie godziny po tym, jak pozwoliła oszukać się halucynacjom. Biła pięściami w ziemię i w pierś, chcąc pozbyć się oplatającego ją żalu. Tylko tego chciała, by Hermes wrócił i zabrał ją daleko stąd. Ale to jedno, maleńkie życzenie nie mogło się spełnić, bo jej nie kochał. I choć ona była gotowa oddać mu całą siebie, on wystawił ją, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Wypłakiwała się jałowej ziemi i pustemu niebu, dając ujście długo kłębionym się uczuciom. Nie była w stanie zaakceptować takiego stanu rzeczy. Przecież zawsze była taka niezależna, nieograniczona...
Dopiero kiedy spuchły jej oczy, przestała zawodzić. Czuła jak przeźroczysta maź ścieka z nosa, ale nie pofatygowała się nawet, by wytrzeć ją skrawkiem sukienki. Chłód wracał, ale teraz nie robiło ta na niej takiego wrażenia. Była zbyt rozczarowana i upokorzona. Sny na jawie pozbawiły ją resztek sił. Sny. Zaśmiała się ironicznie. Kora opowiadała jej o snach. Tych, w których spotykała Hadesa. Dla niej była to przepowiednia przyszłych losów, dla Kiane takie marzenia okazały się całkowicie zgubne. Choć... Gdyby miała wybór, trwałaby w tym przesłodzonym śnie.

Gdy nastała noc znów zasnęła. Tym razem nie śniło się jej nic. Nie przebudziła się nad ranem. Była zbyt zmęczona. Wiatr, który powrócił w te strony znów zaczął bawić się jej splatanymi włosami i luźną szatą. Leżała jak bezbronna łania, schwytana w ludzką pułapkę. Nie czuła, kiedy silne ramiona podnosiły ją z ziemi. Ręka zwisała bezwładnie i kołysała się pod wpływem ruchów. A Kiane spała, choć każdy, kto teraz by ją ujrzał, bez chwili wahania stwierdziłby, że jest martwa.

Przebudziła się nagle, po kilku dniach. Pierwszym, o czym pomyślała było spotkanie ze zjawą Hermesa. Szybko jednak odrzuciła wspomnienie, nadal wywołujące w niej wybuchy płaczu, gdy zorientowała się, że zamiast nieznośnej ciszy słyszy trzaskanie drewna pochłanianego przez ogromne płomienie. Jeszcze bardziej zdziwiła się, gdy poczuła nad sobą miękkie futro, a zamiast twardej ziemi, wygodne łoże. Pokój był mały, ale przytulny. W mig zauważyła, że w żadnym stopniu nie mógłby się równać z komnatą na krótko przydzieloną jej na Olimpie. W pomieszczeniu znajdował się też kąt do przyrządzania potraw i coś na kształt wanny, zasłonięte w połowie grubą kotarą. Przed łożem umieszczony był średniej wielkości stół wykonany z drewna, podobnie jak ściany i sufit, a nad nim mieściło się okno. Leżała i słuchała jak za nim szaleje wicher.
Na powrót zamknęła oczy, gdy usłyszała skrzypnięcie drzwi. Znów się bała. Kimkolwiek była osoba, która ją uratowała, mogła mieć różne zamiary. 
Przez chwilę biła się z myślami, aż w końcu otworzyła oczy. Musiała stawić czoło niebezpieczeństwu. Albo chociaż podziękować.
- Obudziłaś się - stwierdził mężczyzna. Nie widziała jego twarzy, szturchał palenisko, odwrócony tyłem. Targały nią sprzeczne emocje. Nie wiedziała, czy w ogóle powinna się odzywać. 
W końcu się odwrócił. Na tle zmierzwionych, ciemnych włosów malowała się twarz mężczyzny, który musiał być od niej nico starszy. Część zakrywała broda i zadbany wąs. Spoglądał na nią łagodnymi oczami, ale nie była w stanie tego zauważyć. Drżała z niepokoju.
- Nadal ci zimno?
- Gdzie ja jestem? - odpowiedziała hardo pytaniem na pytanie, choć sama napominała Korę, że to niegrzeczne.
- W moim domu - odpowiedział szczerze, ale napotykając gniewne spojrzenie swej rozmówczyni, szybko się poprawił.
- Jesteś, pani w domu Charona, przewoźnika dusz, boga umarłych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Nomida zaczarowane-szablony