niedziela, 11 marca 2018

Rozdział V: Klucz

Gdyby Syriusz mógł opisać urodę kobiety, która zawładnęła jego sercem na biesiadzie, użyłby słów, których nie poznali najznakomitsi poeci tego świata.
Hera ujęła go bez reszty wszystkim, co posiadała. Czarnymi lokami, upiętymi w starannego koka, smukłymi ramionami, wyniosłym, chłodnym spojrzeniem i czerwonymi jak truskawki ustami. Była piękna. Nie widział tak oszałamiającej urody nigdy w całym swoim życiu. Był gotów zrobić wszystko, by zdobyć kobietę, na której mu zależało. Będzie łgał, oszukiwał, zniesie wszystko.
Wiedział, że Hera należy do Zeusa. Cała.
Wiedział, że Zeus zabije każdego, kto choćby ośmieli się do niej podejść. Ale mimo tego się nie bał. Widać los zaprowadził go na Olimp nie tylko w celu uciech i wojaczek.

***
Kiedy biesiada dobiegła końca Kora dziękowała niebiosom, że nie musi już znosić Adonisa, który z triumfalnym uśmiechem na twarzy prowadził ją w tańcu. Kiedy jednak usłyszała dźwięk przekręcanego w zamku klucza do drzwi nie wiedziała, czy ponowne zamknięcie w komnacie jest wiele lepsze.
Następne dni zadawały się jej na przemian kończyć bardzo szybko i jednocześnie dłużyć w nieskończoność. Kiedy znajdowała sobie zajęcie absorbujące jej uwagę na choćby kwadrans czuła, że czas przelewa się jej przez palce, kiedy zaś po wieczornej kąpieli nie mogła sobie znaleźć miejsca w komnacie, która zdawała się jej powoli kurczyć, zdawało się, że wskazówki słonecznego zegara zatrzymały się na wieki.
W swych poplątanych myślach nie potrafiła odnaleźć jednoznacznych uczuć. Ciągle wahała się między wyskoczeniem przez okno i dopełnieniu aktu buntu, a spokojnym czekaniem w miękkim fotelu na rozwój wydarzeń. Wiele razy zastanawiała się czy otwarty opór ma sens w zetknięciu z gniewem Adonisa. Być może fałszywa uległość pomogłaby znacznie bardziej w jej sytuacji.
Kiedy minęły cztery dni od uczty, poczuła, że dłużej nie zniesie bezczynności.
Gdy narzeczony znów wparował do jej komnaty bez zaproszenia, postanowiła dłużej nie zwlekać.
- Chcę większy pokój - zażądała bez ogródek. Choć ręce zawieszone na biodrach lekko drżały, gdy przyjęła bojową postawę, nie pozwoliła by zawahał się również jej głos.
- I coś do czytania.
Mężczyzna przez chwilę spoglądał na nią bez emocji, po czym przybrał uśmiech zwykłego drania.
- Cieszy mnie zmiana w twojej biernej postawie. Właśnie taką wersję Kory lubię najbardziej.
Zadrżała. Nie słuchał jej.
- Chcę papirusy. Albo te książki, które spisują ludzcy filozofowie.
Nie chciała ustępować, ale głos niebezpiecznie zmieniał barwę na wyższą, kiedy kończyła zdanie.
- Poproś.
Nie odezwała się. Stała z ustami zaciśniętymi w cienką linię. Chciał ją poniżyć? Pokazać, że ma nad nią władzę? Niedoczekanie.
Milczała uparcie tak długo, aż Adonis zaczął się śmiać.
- Jesteś naprawdę uparta. Ale nie martw się, szybko złamiemy tego niepokornego ducha, który w tobie drzemie - powiedział i wyszedł.
Kora opadła na fotel. Nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma.
Była przekonana, że każda chwila przybliża ją do nieuniknionej śmierci z nudów. Przeczytała wszystkie książki z małej półki pod ścianą, które mogły się jej do czegokolwiek przydać. Prawie znała je na pamięć. Musiało być cokolwiek, co mogła zrobić.
Zmęczona postanowiła znów zająć się roślinami, w nadziei, że jej zielarskie umiejętności choć odrobinę się rozwiną.
***
Jeden, swobodny pukiel złotych włosów spływał w nieładzie na wysokie czoło. Jeden kosmyk, barwą przypominający promień wschodzącego słońca burzył misternie budowaną od godzin fryzurę. Atena nie wiedziała co z nim począć. Choć odrzuciła pomoc służącej, zaczynała żałować, że nie pozwoliła jej użyć swoich niezwykłych umiejętności. Próbowała wszystkiego, zaczesywała, skraplała wodą i perfumami, a nawet groziła, że utnie go ostrymi nożycami, które bez oporu wykradłaby olimpijskim kucharzom. Kiedy jednak zrozumiała, że nic nie wskóra nerwowymi ruchami wokół własnej głowy, poddała się i okiełznała nieznośny pukiel przy pomocy ogromnej spinki z pokaźnych rozmiarów perłą, która zawitała na samym czubku głowy. Dostała ją kiedyś w prezencie od ojca.
Nie była piękna. Wiedziała od zawsze. Gdy była dzieckiem myślała, że jeśli wystarczająco długo będzie wpatrywać się w lustrzane odbicie, rysy twarzy w końcu ulegną przemianie. Uśmiechnęła się na wspomnienie małej, zagubionej Ateny, która schronienie odnajdywała jedynie w ramionach ojca.
Owiana w ulubione, różowe szaty zeszła do wielkiej sali. Widząc jednak, że nie jest potrzebna Zeusowi, który szeptał o czymś zawzięcie z Demeter, udała się do kuchni, gdzie kucharz przyrządzał najróżniejsze smakołyki.
Ponieważ liczenie kalorii nie zajmowało jej w takim topniu jak Afrodytę, czy Herę, postanowiła poddać się powalającemu smakowi słodyczy, który kusił wszystkie zmysły.
Jedzenie nie potrafiło jednak odegnać natrętnych myśli, które stale kierowały się w stronę jednego mężczyzny. Nie powinna o nim myśleć, przysięgła, że nigdy się z nikim nie zwiąże. Przecież była silna wolą. Wcześniej z łatwością zwalczała te ułomne, ludzkie uczucia.
Czy to rumieńce pojawiły się na tej bladej twarzy, która tak rzadko wykrzywiała się w uśmiechu? Dlaczego nie potrafiła opanować reakcji ciała na widok mężczyzny, który właśnie wszedł do sali jadalnej? Dlaczego nagle poczuła zażenowanie, uzmysławiając sobie, że zapełnione ciastem usta zaokrąglają policzki?
Pośpiesznie przełknęła jedzenie i starła okruchy, zadomowione już w kącikach ust.
Chciała coś powiedzieć, ale zdobyła się tylko na niewyraźny uśmiech i lekkie skinienie głowy.
W milczeniu obserwowała jak prosi o talerz zupy. Był wychudzony, jednak w żaden sposób nie odejmowało mu to uroku.
Wyszła. Nie powinna wystawiać na próbę swej przysięgi. Lepiej, jeśli wróci do komnaty i przestanie marzyć o nieosiągalnych pragnieniach. Wszak nie była tak ułomna jak ludzie.
***
- Pobierzemy się? - zapytała, składając pocałunki na nagim torsie blondyna. Długie, brązowe włosy spływały kaskadami po jej nagich ramionach, układając się na końcu pleców.
- Jeśli będziesz chciała - odparł wymijająco, maskując jednak znużenie.
Iambe poderwała się, ukazując przy tym obnażone piersi.
- Hermesie, ja wiem w jakim celu mnie tu sprowadzono - odparła z powagą. Patrzyła na niego wyczekująco, ale mężczyzna nie był pewien, co odpowiedzieć. Zaczął skubać brodę, jakby to miało mu w czymkolwiek pomóc. Kilkudniowy zarost właśnie zaczął przekształcać się w prawdziwą brodę.
Niespodziewanie pocałował dziewczynę, tym samym zrzucając na ziemię jedną z kremowych poduszek.
- I bardzo dobrze wypełniasz swoje zadanie - oznajmił, kiedy popatrzyła na niego ze złością.
Wstał i podszedł do biurka, na którym stało małe, białe pudełeczko. Wyjął z niego złoty naszyjnik z rubinami, które kołysały się przy każdym uniesieniu. Iambe aż westchnęła na jego widok, ale w milczeniu czekała, aż Hermes pozwoli mu opaść na jej szyję. Wciąż zaciskając palce na karmazynowych kamykach, odwdzięczyła się pocałunkiem.
Hermes wiedział już jak uwielbia biżuterię. Odkąd pojawiła się na Olimpie, Hefajstos miał ręce pełne roboty, co z zadowoleniem wykorzystywała Afrodyta.
- Jesteś piękna - powiedział, kiedy przeglądała się w wąskim lustrze, ustawionym pod ścianą. "O wiele piękniejsza, niż Kiane" - przeszło mu przez myśl.
- Moglibyśmy być szczęśliwi.
- Czy to oświadczyny? - podeszła bliżej i zarzuciła mu ręce na szyję, głośno się śmiejąc. Też zdobył się na uśmiech i chwycił ją za talię.
- Właściwie nie ma na co czekać. Możemy zrobić to nawet jutro - oznajmił.
- Jutro? Na razie Kora i Adonis grają pierwsze skrzypce. Poczekajmy trochę - odparła, przywierając do niego całym ciałem.
- Dobrze - powiedział i znów rzucił ją na łóżko.
***
Nie dane było wyspać się Korze, głośne krzyki zbudziły ją, gdy jeszcze nawet nie świtało. Podniosła się na rękach i przetarła oczy, nasłuchując jednocześnie. Po chwili Adonis wpadł do komnaty i z wściekłością rzucił na jej łóżko zrudziały klucz.
- Co to? - zapytała, choć w jej sercu na widok przedmiotu zaczęły tańczyć iskierki nadziei.
- Klucz, nie widzisz idiotko? - warknął.
Pochwyciła go w dłonie i przycisnęła do piersi tak mocno, aż pobielały jej knykcie.
- Nie zwracaj się tak do mnie - powiedziała ze złością, nie ruszając się jednak z łóżka.
Mężczyzna zaczął chodzić nerwowo po pomieszczeniu, a Kora cierpliwie go obserwowała, nie ważąc się odezwać. Bała się, że to, co cały czas trzyma w zaciśniętej kurczowo dłoni za chwilę zostanie jej odebrane.
- Jakaś dobra dusza szepnęła Zeusowi do ucha, że masz prawo od czasu do czasu zaczerpnąć świeżego powietrza - złagodził ton, ale w środku nadal płonął, o czym świadczyły nieblednące policzki.
- Ale jak to?
Nie chciała okazywać przy nim radości, ale wiedziała, że nie będzie się hamować, gdy wyjdzie.
- Nie ciesz się zbytnio. Nie zwracamy ci wolności, dajemy jedynie więcej swobody - zaznaczył i wyszedł, nadal podburzony i zły.
W pierwszej chwili Kora chciała krzyczeć ze szczęścia, ale uznała, że nie należy tak otwarcie demonstrować swoich uczuć. Potem chciała wybiec na zewnątrz i spędzić godziny na leniwym wylegiwaniu się pośród traw i kwiatów, ale zdecydowała, że jest zbyt wcześnie na chodzenie bez butów po porannej rosie. Ostatecznie po prostu zamknęła się w komnacie od środka i po raz pierwszy poczuła się w niej bezpiecznie. Zasnęła i śniła snem spokojnym aż do wieczora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Nomida zaczarowane-szablony