piątek, 29 września 2017

Rozdział I: Zamknięte drzwi

Ciepły wiatr gnał ze wchodu, uderzając w rozłożyste korony drzew, które przypominały wirujące w tańcu pary. Gorące promienie słońca były jawnym potwierdzeniem wiecznie nie kończącego się lata. Paradoksalnie samopoczucie Kory powinno przemienić te pogodne dni w istny tajfun mroku i przygnębienia, ale dziewczyna nie rozwinęła swych umiejętności na tyle, by sprowadzić choćby lekką mżawkę, a co dopiero pokierować wiatrem, czy wywołać śnieg.
Nie to, co jej matka. Choć o ona kierowała pogodą, nigdy nie chciała zdradzić jej tajników magii. Wyczuwała w niej potencjał, ale z niewiadomych powodów nie chciała jej uczyć. Dziewczyna odczuwała żal z tego powodu, ale nie zamierzała się nad tym rozwodzić. Sama nauczy się wszystkiego, co konieczne.
W pierwszych dniach po Wielkiej Bitwie, jak nazwano potyczki w Podziemiach, czuła wiele sprzecznych emocji. Na początku była zdeterminowana, by uciec z Olimpu i odszukać Hadesa, ale z każdym nowym porankiem traciła siły do walki. Wypytywała o niego na każdym kroku, ale cały pałac jakby zmówił się, by milczeć. Ponadto, na biurku w jej komnacie ciągle leżał zwinięty w rulon list od Kiane, w którym dziewczyna potwierdza śmierć boga. Wątpliwości te nachodziły ją późnymi nocami i dręczyły aż do wczesnych poranków, ale za każdym razem, gdy wstawała z wielkiego, miękkiego łoża, uświadamiała sobie, że nie może się poddać. Jej uczucie do Hadesa było zbyt silne, by mogła uwierzyć w jego śmierć.
Zastanawiała się jaki krok byłby teraz najlepszym, a ponieważ nie wiedziała, nie robiła nic. Czekała. W końcu musiało się coś wydarzyć.
Adonis nie kręcił się wokół niej tak często, jak myślała. Żywiła głęboką nadzieję, że do zaślubin jednak nie dojdzie. Skoro nie wyprawili ich zaraz po Wielkiej Bitwie, istniała szansa, że będą odwlekać je znacznie dłużej. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co spotkałoby ją jako żonę kogoś takiego, jak Adonis. Miała już okazję poznać jego prawdziwą naturę i nie miała zamiaru być w żaden sposób z nim związana. Wolała już zginąć.
Dni mijały obojętnie, każdy tak samo pusty i bezsensowny. Dziewczyna prawie nie wychodziła ze swojej komnaty, zresztą gdziekolwiek się ruszyła, podążali za nią strażnicy. Jeśli miała kiedykolwiek się stąd uwolnić, musiała wypracować sobie zaufanie swych wrogów, by pozwolili jej wychodzić samej. Do tego potrzebowała jednak czasu.
- Chcę się poprzechadzać po pałacu - rzuciła oschle w stronę osiłka, który szedł za nią. Mężczyzna musiał mierzyć ze dwa metry, jak nie więcej. Nie wyglądał jak normalny człowiek. Szerokie barki, powodujące ciągłe garbienie się i wielki, zasłaniający większość twarzy nos sprawiały, że wywoływał odrazę w oczach każdego, kto na niego patrzył. Musiał być bękartem jednego z bogów. Ci zazwyczaj płodzili z ziemskimi kobietami wspaniałych, przystojnych herosów lub piękne dziewice, ale milczano na temat szpetnych dzieci, które powstawały z tych związków. Nienaturalnie powykręcane szkielety, garby lub okropne choroby, oto co było wynikiem romansów najwyższych z najniższymi.
- Sama - dodała znacząco. Tym razem naprawdę niczego nie knuła, chciała choć chwilę pospacerować w samotności, ale mężczyzna nie mógł o tym wiedzieć, dlatego szybko odpowiedział grubym, zachrypniętym głosem:
- Wybacz pani. Rozkaz to rozkaz.
Nachmurzyła się. Mogli jej chociaż przydzielić do towarzystwa kogoś, kto umili jej czas, a nie takiego potwora, na którego trudno jej nawet spojrzeć!
Nie mając innego wyboru, zaczęła iść przed siebie, słysząc za plecami ciężkie przesuwanie dużych sandałów.
Nie wiedziała, dokąd dokładnie zmierza. Nie chciała natknąć się na żadnego z bogów, ale nie dało się ukryć, że byli oni wszędzie.
Przez okno korytarza, którym szła, dostrzegła wspaniałe ogrody. Jaka szkoda, że nie mogła poczuć łaskotania trawy w bose stopy. Jaka szkoda, że nie mogła mieszkać w lesie, jak przez większość swojego życia. Jaka szkoda, że nie mogła znów przechadzać się z Kiane między grubymi pniami drzew albo śpiewać, nie martwiąc się o to, że ktokolwiek ją usłyszy.
Strażnik co chwilę przyglądał się jej uważnie, ciągle milcząc.
- Wystarczy - wysyczała. Miała dość ciągłego kontrolowania. W gniewnym nastroju wróciła do komnaty. Trzasnęła drzwiami i porywczo rzuciła się na łóżko. Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła bezgłośnie szlochać. Dlaczego to musi tak długo trwać? Kiedy wreszcie ktoś ją uwolni z tej samotni?
Nagle przed jej oczami pojawiła się twarz Hadesa. Pamiętała każdą, najmniejszą nawet rysę na jego bladej twarzy, pamiętała każdy opadający na wysokie czoło kosmyk, każde spojrzenie, wyrażające więcej, niż tysiąc słów. Nie. Nie będzie się nad sobą użalać. Musi coś zrobić, nie może sobie bezczynnie płakać, czekając, aż ktoś ją uwolni.
Kiedy odruchowo przeniosła wzrok na mały stolik pod okiennicami, uprzytomniła sobie, że znajduje się na nim jej szansa. Mała, kiełkująca dopiero roślinka była jej przepustką do wolności. Gdyby chociaż nauczyła się panować nad swoimi umiejętnościami, mogłaby uciec. Nagle wstąpiła w nią nowa nadzieja.
Szybko podniosła się z łóżka i podeszła do stolika. Mała, zielona łodyga tylko czekała, by ktoś pomógł jej zamienić się w potężną roślinę. Tylko właściwie co mogłoby jej pomóc? Przypadkowe ruchy rękami nie podziałały. Skupienie, wyciszenie, spokój. Nic nie pomogło. Może jakieś zawołanie? Rośnij!
Ale mała roślinka uparcie sterczała w miejscu, zamiast pnąc się z determinacją w górę. Kora ze złością zrzuciła na podłogę leżące obok księgi. Opadła na krzesło i odruchowo dotknęła czerwonych ze złości policzków. Nie mogła się poddawać emocjom. Musiała ochłonąć. Musiała wreszcie zaczerpnąć świeżego powietrza.
Podeszła do drzwi, choć wiedziała, że próba wydostania się na zewnątrz skończy się tak samo jak poprzednich dni. Widocznie Adonis stwierdził, że kontakt z przyrodą pomoże jej w ucieczce, dlatego surowo zabronił jej opuszczać murów pałacu i przydzielił najznakomitszych strażników. Czy była tego warta? Aż tak wiele dla niego znaczyła? Przecież jej nie kochał, a nawet nie znał. Nie rozumiała jego determinacji.
Chwyciła za klamkę, gotowa by po raz kolejny wygłosić błagającą przemowę dla strażników, ale ku jej zaskoczeniu, drzwi pozostawały zamknięte. Szarpała przez chwilę, nie dowierzając, by Adonis posunął się do kolejnego kroku w ograniczeniu jej przestrzeni.
- Wybacz, pani. Adonis zabronił opuszczać komnaty przez kilka najbliższych dni - usłyszała zza drzwi. Ze złością kopnęła w drewno i znów rzuciła się na łóżko, łkając. Wszystko szło nie po jej myśli.
***
Jeśli ktokolwiek miał być Panem Podziemi, to tylko on. Był idealny. Mrok oplatał jego duszę od urodzenia. Nie wiedział, czy to normalne, że karmił się chaosem, zniszczeniem i bólem innych. Wszak każde z jego rodzeństwa było na swój sposób szalone.
Hefajstos, który udawał ślepego, choć jego wzrok porównywany był ze wzrokiem sokoła, Ejlejtyja, która właściwie była dla wszystkich nieodgadnioną zagadką, Hebe, która żyła w przeświadczeniu, że jej uroda jest niezauważalna dla mężczyzn i Eris, jedyna słuszna na Olimpie, choć w jej szarych oczach, okalanych hebanowymi kosmykami często czaiły się iskierki szaleństwa. Niemniej, jeśli z całej tej gromady ktoś miał czelność nazywać się szaleńcem, to tylko Ares. Był panem i władcą czystego zła. Karmił się nieszczęściem. Kiedy widział ludzi, którzy bez przyczyny nabijali się na pale lub skracali o głowę w zwykłych przepychankach, czuł mrożące krew w żyłach dreszcze. Nie chciał władzy, nie chciał tronu. Nie pragnął miłości, ani pożądania. Jego snem był czysty chaos. Już niedługo miał zamiar zmienić ten sen w rzeczywistość.
Jak dotąd wszystko szło po jego myśli. Hades nie żył, zbrukane Podziemia stały się jego mroczną siedzibą, gdzie już mógł zacząć wprowadzać nowe, brutalne zasady, a na Olimpie Adonis powoli zaczął wkradać się w łaski Zeusa. Trzeba było jeszcze przypilnować tą młodą trzpiotkę, która z uporem próbowała tańczyć inaczej, niż zagrał. Kora nie mogła być dla niego żadną przeszkodą, ale wolał strzec swych interesów.
Z nieukrywanym zadowoleniem rozejrzał się po Podziemiach. Jeszcze czuł zapach zakrzepłej w ziemi krwi, smród palonych ciał i woń siarki.
Ruszył w kierunku zamku, choć zdawał sobie sprawę, że nie będzie mógł przebywać w nim często. Zbyt wiele spraw na górze wymagało jego obecności.
Stara siedziba Hadesa była imponująca. Wiele wyposażonych w meble komnat, długie korytarze i kręte schody budowały wokół niego mgłę tajemniczości. Szczególnie zaciekawiła go jednak komnata z obrazami. Zastygłe na ścianach, prezentowały ogromny talent swego twórcy. Ares znał kiedyś kogoś, kto potrafił uwieczniać chwilę i ludzi, ale osoba ta odeszła wiele lat temu. Nieistotne. Powinien już wracać na Olimp.
Styks był nad wyraz długą i szeroką rzeką. Królował nad wszystkimi innymi wodami w Podziemiach, a jego koryta i ujścia z dumą opływały całe podziemne królestwo.
By wrócić na Olimp, Ares musiał przedostać się na drugi brzeg rzeki.
Z ciemności wyłowiła się drewniana łódź, która nie pomieściłaby więcej, niż trzech osób na raz. Znajdowała się na niej ciemna postać, skryta pod granatowym kapturem, trzymająca w umięśnionych rękach długi kij, dzięki któremu łódź mogła się przemieszczać. Jako dziecko Ares zawsze wyobrażał sobie Charona jako zwykłą kostuchę, ewentualnie gburowatego straca, który z jawnie okazywanym niezadowoleniem wypełniał swoją pracę. Niestety, bardzo zawiódł się na swojej wyobraźni.
Wsiadł na skrzypiącą łódź i jak prawdziwy władca, kazał się przewieźć na drugą stronę.
Sprawy na Olimpie nie mogły dłużej czekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Nomida zaczarowane-szablony