niedziela, 9 października 2016

Rozdział X: Orzeł

Ciemność była ich sprzymierzeńcem. W ciemności bestia z wysiłkiem będzie musiała dopaść swą ofiarę, a może nawet nie zdoła jej zauważyć. Z taką myślą mężczyźni niegdyś skazani na śmierć lub więzienie przemierzali najgorsze części Tartaru. Byli w śród nich mężowie w kwiecie wieku, zdolni swymi wysportowanymi ciałami zapewnić sobie przeżycie. Byli też schorowani staruszkowie, którzy zdawali sobie sprawę, że to już ich ostatnia podróż. Szli razem, nie rozpraszali się. Tak łatwiej było o przeżycie. Nikt nie chciał pozostać na zawsze w krainie wiecznego potępienia. Nie wiedzieli ile już idą, ani dokąd zmierzają, ale czuli się złamani zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Przez ten czas widzieli wiele. Zewsząd słychać było potworne zawodzenie dusz skazanych na cierpienie. Okropne potwory, które kiedyś pełzały po ziemi, teraz czekały w ciemnościach, by otoczyć ich swoimi mackami. Każdy drżał o swoje życie i był gotów poświęcić idącego obok towarzysza, byle tylko wydostać się z tego piekła. Każdy, oprócz Nikosa. Mężczyzna skupiał się tylko na tym, by wszystkich wyprowadzić na powierzchnię. Przewodził grupą i nie dopuszczał do siebie myśli, że ktokolwiek miałby pozostać w tym okropnym miejscu. Jego twarz pokrywały liczne bruzdy, które choć trochę zasłaniała ciemna broda. Po mimo srogiego spojrzenia, jakim obdarzał większość napotkanych istot, dobrze patrzyło mu z twarzy.


Szli tak, starając się nie myśleć, jakie okropności zostaną im jeszcze zesłane, gdy nagle nad ich głową przeleciał orzeł. Nikos od razu pokierował mężczyzn za ptakiem, twierdząc, że zwierzę leci w stronę wyjścia. Nie tracąc go z oczu, pobiegli. Z każdym pokonywanym metrem ich nadzieja nabierała sił, dlatego, gdy wreszcie ujrzeli cel orła, poczuli tak wielkie rozczarowanie. Zwierzę wcale nie leciało do wyjścia. Przysiadło na skałach i zbliżało się do jakiejś postaci. Dopiero kiedy mężczyźni się zbliżyli, dostrzegli wątłego mężczyznę. Był znacznie wychudzony, a jego nadgarstki skute były grubymi, żelaznymi kajdanami. Na jego zapadniętej twarzy łatwo było dostrzec zmęczenie i ból. Orzeł podszedł dostatecznie blisko, by zatopić swe ostre pazury w jego twarzy. Mężczyzna nawet nie krzyczał, gdy zwierze zaczęło rozdzierać jego żołądek i powoli wyjadać wątrobę. Spuścił tylko głowę i przymknął powieki, by nie widzieć, co ptak mu robi. Nikos nie mógł się temu zwyczajnie przyglądać. Bez zastanowienia rzucił się na pomoc. Przeskoczył na skały i starał się odpędzić zwierze, wymachując rękami. Orzeł nie chciał odpuścić, lecz kiedy złoczyńca zasłonił swym ciałem na wpół wyjedzoną wątrobę, wzbił się w powietrze. Przez jakiś czas latał jeszcze nad ludźmi, zataczając koła na tle krwiście czerwonego nieba, aż w końcu odleciał. Nikos zawołał swych towarzyszy i razem poczęli niszczyć kajdany kamieniami. W końcu łańcuchy pękły i mężczyzna na skałach był wolny.
- D-dziękuję... - wysapał, nie ruszając się z miejsca. Wokół niego było pełno krwi, a na środku brzucha znajdowała się wielka rana i poszarpane organy. Wszyscy byli przekonani, że w końcu się wykrwawi i umrze, ale po kilku minutach skóra zaczęła mu się zrastać. Krew nie wypływała już tak szybko, a organy na powrót znalazły się we wnętrzu jego ciała. Później był już w stanie samodzielnie siedzieć.
- Zwą cię Prometeusz, prawda? - zapytał Nikos, podając mu bukłak z wodą. Mężczyzna łapczywie zaczął pić, nie zważając na to, jak mało jej zostało. Dopiero po chwili przytaknął.
- Jesteśmy wojownikami i zmierzamy ku wyjściu. Dołączysz do nas, czy będziesz posłusznie czekał na to, aż ta bestia wróci? - mężczyzna nie chciał pozostać w tym miejscu ani chwili dłużej.
- To Zeus skazał mnie na tą kare. Wiesz, co może was spotkać za uwolnienie mnie? - Prometeusz nie chciał narażać ludzi na gniew boga. Oni nie mieli tyle sił, by znieść wieczne potępienie w Tartarze. Nie mógł ich na to skazać, za bardzo kochał ludzki gatunek.
- Po tym, co tu przeszliśmy nie straszny nam Zeus - zaśmiał się Nikos. Prometeusz również się uśmiechnął, choć jego spojrzenie wyrażało niezdecydowanie. Ostatecznie postanowił jednak dołączyć do grupy.
- Właściwie od kogo przybywacie? - zapytał, chcąc się upewnić, że to jednak nie jest podstęp lub kolejna część jego kary.
- Przysłał nas tu Hades - wyjaśnił mężczyzna. gdy wymawiał imię boga, słychać było w jego głosie pogardę.
***
Kobieta narzuciła na swe nagie ciało skrawek prześwitującego materiału, który nie był w stanie zapewnić jej ciepła. Nie chciała się jednak okrywać czymś grubszym, wiedziała, że za chwilę jej luby przybędzie. Obok łoża tliły się świece, dzięki czemu w pomieszczeniu nie było zupełnie ciemno, a lekkie światło zakreślało jej smukłe kształty. By nadać chwili jeszcze większego romantyzmu, rozsypała na podłodze płatki róż. Ich słodka woń roznosiła się w całym pokoju. Zniecierpliwiona czekaniem, zaczęła bawić się swymi włosami. Blond loki spływały kaskadami po plecach, układając się w wodospad. Tego wieczoru pozostawiła je rozpuszczone. Była piękna i doskonale to wiedziała. Jej niebieskie oczy nie pozbawione były głębi oceanów, a czerwone usta wyrażały jej zmysłowość. Nie pozbawiona była gustu, przebierała w drogich tkaninach. Uwielbiała troszczyć się o swój wygląd, w końcu była boginią miłości fizycznej, a wygląd zewnętrzny był jej nieodłącznym elementem.

W końcu usłyszała ciężkie kroki w oddali. Po chwili drewniane drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. Pojawił się w nich rosły mężczyzna. Wszedł do pomieszczenia, od razu zrzucając z siebie zbroję i hełm z czerwonym pióropuszem. Przybliżył się do ukochanej i pochylając się, namiętnie ją pocałował. Usiadł na łoże i wziął w palce kosmyki jej włosów. Bawiąc się nimi, zaczął mówić.
- Cieszę się, że cię dziś widzę. Tak bardzo brakowało mi twych pocałunków, twego dotyku, twych włosów... - zaczął wymieniać - Czy naprawdę nie mogłaś przyjść do mnie wcześniej? Ten idiota nawet by się nie domyślił...
- Nie znasz go - przerwała mu - Wie dużo więcej, niż ci się zdaje. Domyśla się czegoś, więc jeszcze bardziej mnie pilnuje. Nie zdajesz sobie sprawy, jak ciężko mi udawać radość przy jego obecności. Muszę dzielić z nim łoże, choć niechętnie patrzę na jego twarz - powiedziała wzburzona. Na samą myśl o mężu odczuwała strach i obrzydzenie. Dokładnie pamiętała dzień, w którym Zeus nakazał jej poślubić swego syna. Hefajstos wydawał się jej wtedy nieszkodliwy, miała nadzieję, że po ślubie jej barwne życie nie ulegnie żadnej zmianie. Pomyliła się jednak i to bardzo. Boski kowal szybko zorientował się, co wyczynia jego żona. Uwielbiał demaskować ją w towarzystwie, zrzucając na nią zażenowanie i wstyd. Nigdy go nie kochała. Był w jej oczach tylko starym, kulającym idiotą. Jedyne, co umiał robić, to ładne bransoletki z rubinami i złote łańcuszki.
- Już niedługo... - powiedział łagodnie, gładząc jej policzek - Gdy nadejdzie wojna zadbam, by dostał to, na co zasługuje - obiecał, składając pocałunek na jej ustach.
- Chyba, że ta mała ladacznica ci przeszkodzi... - powiedziała z przekonaniem.
- Mamy ją w garści, moja najdroższa. Gdy wyjdzie za Adonisa, będzie od niego całkowicie zależna - zaśmiał się. Wstał i podszedł do stolika, na którym stało wino. Nalał płyn do dwóch kielichów i wrócił do kobiety.
- Przypominam ci jednak, że Adonis nadal jej nie odnalazł. Poza tym, nawet jeśli to małżeństwo dojdzie do skutku, ona może okręcić go sobie wokół palca. To mój syn. Ma być królem, nie pantoflarzem - powiedziała z wyrzutem.
- Spokojnie. I na nią znajdziemy jakiś sposób. A teraz nie zaprzątajmy już sobie głowy takimi błahostkami - zakończył. Wypił wino jednym tchem i rzucił złoty kielich na podłogę. Położył się na łóżku i zaczął zachłannie całować boginię miłości. Po chwili zatracili się w cielesnej miłości, która od początku scalała ich związek.
***
Kora czuła pod stopami chłód bijący od posadzki. Było jej zimno, miała na sobie tylko lekką sukienkę na ramiączkach, przepasaną cienkim pasem materiału. W bieli było jej pięknie. Hades ciągle przynosił jej nowe suknie, wspaniałe tkaniny i błyskotki. Zastanawiała się, skąd to wszystko bierze, ale szybko okazało się, że pomaga mu Orion. Dziewczyna nadal podchodziła do starszego mężczyzny z dystansem; nie ufała mu. Miała dziwne wrażenie, że jest fałszywy. Nie zamierzała jednak teraz o nim rozmyślać. Siedziała przed lustrem i przygotowywała się na wieczór. Hades uprzedził ją, że zjedzą razem kolację, nadmieniając przy tym, że nie będzie to zwykła kolacja. Zastanawiała się, co też mógł wymyślić bóg podziemia, ale nic konkretnego nie przychodziło jej do głowy. Wzięła do ręki grzebień i zaczęła przeczesywać włosy, które podczas pobytu pod ziemią znacznie ściemniały. Wplotła w nie małe fiołki i pozostawiła rozpuszczone. Przyglądnęła się swemu odbiciu i stwierdzając, że dobrze wygląda, wybiegła boso z pokoju.

Hades czekał już na dole. Zastanawiał się, czy o niczym nie zapomniał. Ogień w kominku palił się już od zachodu słońca, więc w pomieszczeniu było dostatecznie ciepło. Przez odsłonięte okna wpadało światło księżyca. Na długim stole stały już potrawy, które tego wieczoru mieli skosztować. Był lekko zdenerwowany, dlatego podszedł do kominka i zaczął wpatrywać się w ogień. Drzewo, które pochłaniał, głośno trzaskało. Myślał o Persefonie. Miał nadzieję, że dziś resztki wątpliwości, które wobec niej żywił, rozpłyną się niczym mgła o poranku. Zdał sobie sprawę, że naprawdę ją kochał. Nie była to zwykła miłość, czuł się jakby znał ją od dawna, jakby całe jego życie sprowadzało się do poznania jej. Przez chwilę tylko w odmętach jego wspomnień przewinęła się inna kobieta, o wiele starsza od córki Demeter, o ciemnych jak noc włosach... Ale była to tylko krótka chwila. Wrócił myślami do rzeczywistości. Nie chciał, by tego wieczoru coś poszło nie tak. Chciał dać Persefonie wszystko co miał, chciał otworzyć przed nią swe serce, które wbrew pozorom nie było tylko zimną skamieniałością. Ogarnęły go jednak wątpliwości. A co, jak dziewczyna jednak go odrzuci? To była jedyna rzecz, której się obawiał. Gdyby jego zmartwienia okazały się prawdziwe, nie miałby już po co żyć. Poza Cerberem nie miał nikogo, na kim by mu zależało. Jego zamartwienia przerwało pojawienie się dziewczyny. Gdy usłyszał ciche pukanie do drzwi, obejrzał się w ich kierunku i ją ujrzał. Była piękna. Miała na sobie białą sukienkę, w której wyglądała tak niewinnie. We włosy wpięte miała fiołki, co tylko dodawało jej uroku. Uśmiechała się, speszona jego wzrokiem. Dopiero po chwili przypomniał sobie o dobrych manierach. Przywitał się, całując ją delikatnie w rękę. Następnie zasiedli do stołu. Rozmawiali, śmiejąc się i popijając wino. Kora nigdy nie czuła się bardziej szczęśliwa.
- Ciesze się, że cię poznałam - powiedziała, kładąc dłoń na jego ręce. Pan podziemia uśmiechnął się, a szczęście było widać nawet w jego oczach - Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, czego było mi brak. Ty obdarzyłeś mnie uczuciem, dla którego mogłabym poświęcić życie - wyznała, lekko się rumieniąc. Przy Hadesie nie musiała udawać twardej kobiety, a mogła być zwykłą dziewczyną, którą zawsze pragnęła być. Hades pocałował ją z delikatnością. Uwielbiała gdy to robił. Nie był porywczy i gwałtowny, jak większość bogów, czy herosów, wiedziała jednak, że w razie zagrożenia potrafił działać zdecydowanie i szybko. Był dobry i to w nim pokochała najbardziej.
- Chodź - powiedział, wstając i biorąc ją za rękę. Podeszli do okna. Mężczyzna wyciągnął znienacka jakieś okrągłe zawiniątko. Kora dopiero po chwili ujrzała, co to jest. Na widok granatu rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Doskonale wiedziała co to znaczy.
- Już kiedy pierwszy raz cię spotkałem, wiedziałem, że to ty - zaczął bóg, nerwowo przeczesując kruczoczarne włosy ręką - Spotkaliśmy się we śnie, pamiętasz? Nikt nie dał mi tyle, co ty. Persefono... chciałbym ci powiedzieć, że już zawsze będę z tobą związany. Możesz mnie odrzucić, upokorzyć i zdradzić, ale ja i tak będę cię... kochał - zakończył. Persefona dotknęła jego zimnych policzków.
- Nie mogłabym cię odrzucić, upokorzyć, ani zdradzić. Też cię kocham Hadesie - powiedział. Więcej nie trzeba mu było. Od razu wpił się w jej usta. Oderwali się tylko na chwilę, by skosztować granatu. Jego owoce znaczyły więcej, niż jakiś pierścionek. Były przyrzeczeniem, które sobie złożyli. Obietnicą, że już zawsze będą razem. Tej nocy nie spali w oddzielnych komnatach. Dopełnili swą miłość w tej samej sali, a ich nagie ciała oświetlał jedynie ogień buchający z kominka.
***
Bóg piorunów zasiadał na swym tronie, delektując się nektarem. Napój wzmacniał jego siły. Obok niego stała Hera, posłusznie wpatrując się w posadzkę. Dopiero gdy byli tak blisko siebie można było dostrzec widoczną różnicę wieku między małżonkami. Podczas gdy pojedyncze kosmyki w brodzie Zeusa zaczynały siwieć, jego żona nabierała coraz coraz więcej kobiecości. Ubrana w granatową suknię, która opinała jej ciało, wyglądała pięknie, choć mężczyzna zdawał się tego nie zauważać. Czuła się taka samotna. Mąż nie zwracał na nią uwagi, ciągle tylko przesiadywał na Ziemi, zajmując się pięknymi nimfami lub zwykłymi kobietami. Ona tymczasem czekała w komnatach, ale zawsze kończyło się na tym, że zasypiała sama. Wtedy jej nienawiść do Zeusa tylko rosła. Rozmyślała tak nad swymi losami, gdy nagle między wysokimi kolumnami przeleciał jakiś wielki ptak. Bóg również to zauważył i od razu zerwał się z miejsca. Dopiero po chwili Hera zauważyła, że to orzeł. Wylądował na ziemi i zaczął wydawać z siebie denerwujące dźwięki.
- Co on tu robi? - spytała zdenerwowana.
- Nie wiem - odrzekł małżonek - Nie powinno go tu być. To orzeł z Tartaru - powiedział znacząco. Kobieta zdziwiła się.
- Ale przecież... On powinien być przy Prometeuszu - nic z tego nie rozumiała. Podeszła bliżej do zwierzęcia. Ptak przypatrywał się obojgu, jakby chcąc powiedzieć, co się stało.
- Skoro jest tutaj, Prometeusz uciekł - zakończył wściekły Zeus.

Tak tak, wiem, że znów długo mnie nie było. Zaczęłam liceum i trochu się pozmieniało XD Generalnie mam teraz tak zakręcony czas, że nie bardzo pamiętam, jak się nazywam :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Nomida zaczarowane-szablony